Szybuję wysoko nad ziemią, gdzie nie może dosięgnąć mnie moja przeszłość, a z nią całe zło, którego doświadczyłam sama i którym doświadczyłam innych. Wiatr przenika moje ciało, szarpiąc krótkie, znoszone kimono, rozrzucając wokół głowy moje jasne włosy i szepcząc mi do ucha jedno, słodko brzmiące słowo: "Wolność".
Jest tak, jak zawsze tego chciałam, jak zawsze śniłam w ciasnym, ciemnym mieszkaniu w Kirigakure. Ulga sennego marzenia przedłużana w nieskończoność, luksus na który nie mogłam sobie pozwolić w wiosce pełnej ludzi z nienawiścią zaszytą pod warstwą tradycyjnego, paskowanego ubioru. Ludzi w obmierzłej blaszce ochraniacza, który mianował nosiciela zabójcą przyjaciół w imię legendarnej "Większej Sprawy". Niewolnika wioski, którą w głębi serca kochałam bardziej niż własne życie, o czym przypominają mi delikatne wypukłości blizn zdobiących całe moje ciało.
Jednak dopiero zdrada, ucieczka, zbrodnia ponad wszystkie inne pozwoliła mi poznać to piękne uczucie. Ten dotyk prawdziwej wolności, którego nie mogła przyćmić pieszczota żadnej ludzkiej dłoni, choćby nawet najbardziej czuły dotyk człowieka, którego...
- Ga-chan! Pora lądować!
A niech to.
Jasnowłosa dziewczyna odetchnęła głęboko, delikatnym ruchem ramienia przesuwając jedno z wielkich, choć lekkich skrzydeł, równie filigranowych jak ich właścicielka. Odszukała wzrokiem ciemną figurę swojego nauczyciela na skale pod nią i odchyliła ramiona, zmieniając powolnie zataczane okręgi na coś, co przypominało bardziej kontrolowane spadanie niż szybowanie, którym zajmowała się przez ostatnią godzinę w ramach treningu.
- Z rozłożonymi skrzydłami wyglądasz jak prawdziwa ćma. - rzucił Itachi, opierając się o pień rosnącego na skale drzewa, kiedy za ich pomocą zamortyzowała upadek, lądując twardo na ugiętych nogach. Wstał, obserwując jak strząsa z ramion resztki gęstego dymu po rozwianiu skrzydeł, po czym z mieszanką dumy i szczerej admiracji wyciągnął rękę, aby pomóc swojej uczennicy podnieść się na nogi.
- Zastanawiałeś się kiedyś, Itachi-sensei, skąd wzięło początek moje imię? - zapytała na pozór bez związku, z wdzięcznością przyjmując pomoc i otrzepując drobny pył z nieco luźnych spodni. Uchiha skinął krótko głową, rozumiejąc do czego dziewczyna zmierzała.
Skrzydła wcale nie były jego pomysłem, z czego doskonale zdawał sobie sprawę. Doszukał się ich, węsząc jakiegoś zastosowania jej umiejętności poza bezpośrednią ofensywą. I owszem, dziewczyna była znana z wielkich skrzydeł, na których szybowała nad - a czasem również przez, jak donosił jeden z raportów - wrogów, kiedy najmniej się tego spodziewali. Jednak sama Ćma, zapytana w czasie któregoś ze spotkań stwierdziła tylko, że "to wcale nie takie łatwe, jak się wydaje". Dała się jednakże namówić na prezentację i od tej chwili ich trening skupiał się na ich wykorzystaniu.
- Dobrze ci idzie. Robisz szybkie postępy. - pochwalił ją krótko. - Kiedy uda ci się wygrać sparing, trening dobiegnie końca.
- To dość szybko. - zauważyła. Minął tylko nieco ponad miesiąc, odkąd zaczęła szkolić się pod jego czujnym okiem. Szczerze powiedziawszy, zaczynając pierwszą sesję nie była nawet pewna, czy kiedykolwiek dożyje tego momentu. Jednak po drodze wiele rzeczy zdążyło się zmienić, choć dziewczyna nie poświęcała temu wystarczająco dużo uwagi, aby dostrzec je wszystkie.
- To nie akademia, a ty nie jesteś już geninem. - uciął, odwracając się na pięcie i ruszając przed siebie.
- Racja. Teraz jestem nukeninem. - powiedziała dziewczyna cicho, kiedy zaczęli schodzić do głównej kwatery. Itachi zmarszczył brwi, jednak udał że nie słyszy. Niechcący dziewczyna rzuciła mu w twarz wspomnienia, których nie chciał sobie przypominać. W takich chwilach w jej spuszczonym wzroku i postawie pełnej cichej żałoby widział odbicie tego wszystkiego, czego nie nigdy nie pokazał światu. Zaraz jednak karcił się w myślach, przywołując ich historie i bezlitośnie wyliczając wszystkie różnice. Na ogół wystarczała mu jedna: nienawiść była powodem jej ucieczki, a nie jej konsekwencją. Nie zrozumie twoich uczuć, tak jak ty nie zrozumiesz jej. Więc przestań się łudzić, Uchiha, i wracaj do swojej roli.
- Itachi sensei...? - odezwała się Ćma, przystając z dłonią na klamce.
- Hmm? - mruknął mężczyzna, odwracając się do niej, jednak jego wyraz twarzy widocznie nie był tak nieprzenikniony, jak by sobie tego życzył. Ga najwyraźniej to dostrzegła, bo posłała mu niepewny, ale ciepły uśmiech.
- Dziękuję za trening.
Trzymał się tych trzech słów jak ostatniego kunaia na terenie wroga, kiedy szedł dalej korytarzem, aż usłyszał zamykające się za sobą drzwi i znajomy głos:
- Uchiha, pozwól na moment.
...nie wiem, czemu tak jest. Czasem wydaje się, że wszystko jest w porządku, ale potem znowu coś się dzieje - coś czego nie rozumiem - i znów stoję na niepewnym gruncie. Zmienia się jak chmury w wietrzny dzień, jeden z tych, kiedy tak świetnie się lata. Równie dobrze można by przez małą szczelinę oglądać wielki obraz: tylko kolorowa plama i świadomość niedosytu. Wygląda, jakby każdym gestem przeczył sam sobie, a jego uczucia nie-
- Ga-chan? - dziewczyna podskoczyła, słysząc przytłumiony głos Konan zza drzwi. Szybko schowała zeszyt pod poduszkę, otwierając książkę.
- Wejdź proszę, Konan-chan! - zawołała, siadając na łóżku z tomikiem haiku w dłoni. Kobieta wychyliła się zza drzwi z wyrazem twarzy, który - według doświadczenia Ćmy - zwiastował delikatnie przekazane złe wieści.
- Ga-chan... Lider chce z tobą chwilkę porozmawiać. - choć dziewczyna doceniała to, że kobieta starała się nadać temu komunikatowi jak najmniej groźny wydźwięk, nie mogła powstrzymać nerwowego zaciśnięcia palców na trzymanej w dłoni książce.
- Już idę. - zapewniła, z sercem w gardle odkładając przedmiot na pościel i wychodząc wraz z drugą kunoichi z pokoju. - Czy coś się stało? - zapytała, siląc się na normalny, konwersacyjny ton. Nie widziała Lidera odkąd pierwszy raz pojawiła się w Akatsuki i obecnie czuła się jeszcze bardziej nerwowa i nieufna, nawet mimo tego, że nie przypominała sobie niczego, co mogłoby ściągnąć na jej głowę gniew Yahiko. No... Może poza okazjonalnymi zamachami na Hidana, ale nie spodziewała się kłopotów z tego powodu.
- Chcemy...To znaczy, Yahiko chce się ciebie o co zapytać. - odpowiedziała kobieta dość wymijająco, jednak Ga nie zdążyła wyciągnąć z niej nic więcej, ponieważ stała już w zasięgu błyszczących dziwnie oczu lidera.
- Kemuri no Ga. - powiedział niemalże oskarżycielsko rudy mężczyzna. Dziewczyna drgnęła nerwowo i wbiła wzrok w podłogę.
- Yahiko-sama... - skinęła głową, skłaniając ją lekko, jednak jej wzrok padł na zajmującą drugie krzesło sylwetkę jej nauczyciela. - Itachi sense..?
- Co ty na to, żeby wybrać się na misję? - przerwał jej bezpardonowo lider, a Ćma niemalże się zachwiała. Nie wiedziała co powiedzieć, kręciło jej się w głowie od tego wszystkiego i może by nawet zemdlała, gdyby nie pocieszający ciężar dłoni Konan, która ścisnęła lekko jej ramię.
- Nie musisz być tak napastliwy. - zwróciła mu uwagę, prowadząc dziewczynę na trzecie, puste krzesło w gabinecie, a sama ustawiła się obok krzesła Yahiko, karcąc go wzrokiem. Ga usiadła powoli i wzięła głęboki oddech, starając się poukładać wszystko w jasnej głowie.
- Nie jestem pełnoprawnym członkiem, czemu miałabym pójść na misję? - zapytała słabym głosem, patrząc to na przełożonego, to na nauczyciela, rozumiejąc coraz mniej z całej tej sytuacji.
- Dobre pytanie, sam chciałbym wiedzieć. - burknął rudowłosy, urażonym spojrzeniem mierząc pozornie spokojnego Uchihę.
- Aby zmierzyć jej umiejętności radzenia sobie w terenie. - wyartykułował powoli, z lekceważeniem przymykając powieki. Ćma podejrzewała, że robił to aby ukryć narastającą irytację.
- To całkiem dobry pomysł. - powiedziała Konan, nieznacznie zaciskając dłoń na ramieniu Yahiko.
- Ja... To znaczy, też tak uważam. - dodała Ga szybko.
- A z kim chciałabyś pójść? - zapytał ciekawsko lider, ponownie przenosząc swoją uwagę na nią.
- Pójdzie ze mną. - uciął Itachi, nie otwierając oczu. Yahiko zacisnął usta, jednak gdy dziewczyna nie zaprotestowała westchnął głośno i zaczął przekładać papiery.
- Normalnie bym tego nie robił, ale niech wam będzie... - wymamrotał z akompaniamentem szeleszczących dokumentów. - Macie śledzić tego gościa. - powiedział, podając kartkę Itachiemu. - Jest niewygodny, a tak się składa że jest spora cena za jego głowę.
Uchiha przesunął pobieżnie wzrokiem po informacjach zawartych na papierze, po czym podał je dziewczynie.
- Wyruszamy jutro. - powiedział, po czym wstał i opuścił pokój. Ćma przestudiowała dokument znacznie uważniej, przeczuwając że zadanie odnalezienia go spadnie właśnie na nią.
- Jakieś pytania? - oderwał ją od czytania głos Yahiko, który lustrował ją uważnie, choć niekoniecznie wrogo znad teczki pełnej szeleszczącego papieru.
- Czy on zawsze...?
- Raczej nie. - odparł, kiedy dziewczyna zamilkła, zostawiając wiszący w powietrzu znak zapytania niczym porozumiewawczy sygnał. - Tylko ostatnio coś wydaje się go gryźć.
Ga skinęła głową, po czym zostawiła Yahiko i Konan samych sobie, również opuszczając gabinet. Jednak zamiast do swojej sypialni, zapukałado drzwi Sasoriego.
- Sasori-nii? Mogę wejść?
- Właź, imoto... - usłyszała jego przytłumiony głos, po czym otworzyła ciężkie drzwi, aby zastać mężczyznę jak zwykle pochylonego nad warsztatem. - Stało się coś? Wyglądasz jakby cię mieli wyrzucić za ten cyjanek w herbacie wariata. - rzucił, odkładając śrubokręt i patrząc na nią pytająco.
- Sasori-nii? Mam iść na misję. - powiedziała. Jednak choć starała się, aby jej ton brzmiał naturalnie, nie mogła powstrzymać lekkiego zachwiania głosu. Nie była jeszcze pewna, jak się czuje w związku z tym. Wszystko działo się strasznie szybko, a jej serce ściskało się od mieszaniny strachu, ulgi i ciekawości.
- Gratulacje. No i? - zapytał, opierając się tyłem o warsztat i patrząc na nią wyczekująco.
- Idę z Itachim. - dodała, siadając na dużym stole naprzeciwko rudego mężczyzny.
- Etto... - mruknął, widać niezbyt zachwycony. - Lepsze to niż Hidan. - stwierdził pocieszające, jednak dziewczyna tylko spuściła wzrok na swoje kolana. - Nie powiesz mi, że wolałabyś iść z Hidanem. - powiedział stanowczo, jednak z nutką niedowierzania.
- Nie wiem. - przyznała, krzyżując stopy. - W ogóle nie wiem, co o tym myśleć.
- Najlepiej nie myśleć, tylko się pakować. - poradził jej. - Ile was nie będzie?
- Wyruszamy jutro. - powiedziała, ściskając w dłoni świstek od Yahiko. - Wracamy mniej więcej za tydzień, góra dwa.
- Misja zarobkowa? - domyślił się. Ćma skinęła głową krótko. - To lepiej nie wspominaj o tym Kakuzu, to jego ulubione.
- Nawet nie zdążę. - odparła kwaśno, a Sasori przewrócił oczami.
- Nie masz się czym przejmować. Pójdziesz, wrócisz, zwiedzisz kawałek świata po drodze. - powiedział pocieszająco, podchodząc do dziewczyny i kładąc dłonie na jej ramionach. - Będzie dobrze. - szepnął, nachylając się i składając na jej czole przelotnego całusa. - A teraz uciekaj się pakować. - nakazał.
Ćma kiwnęła głową z bladym uśmiechem i objęła krótko marionetkarza, żegnając się, po czym wyszła. Sasori westchnął ciężko, przytykając dłoń do skroni i potrząsnął czerwoną czupryną, wracając do pracy.
Następnego ranka dziewczyna próbowała przekraść się do pokoju lalkarza, aby jeszcze raz móc się z nim pożegnać, jednak gdy tylko wychyliła się na korytarz, jej plany zostały pokrzyżowane.
- Miałem zamiar cię budzić. - oznajmił burkliwy głos. Widać nie był rannym ptaszkiem, o co zresztą dziewczyna nigdy nie odważyłaby się go posądzić.
- Nie myślałam, że czwarta w nocy kwalifikuje się jako "rano", Itachi sensei. - napomknęła, jednak jej trener najwyraźniej nie był w nastroju do żartów.
- Bardzo zabawne, Kemuri no Ga. - prychnął. - Weź swoje rzeczy i wychodzimy.
- A... A śniadanie? - chwyciła się ostatniej deski ratunku, mając nadzieję odwlec choć trochę porę wymarszu, jednak Uchiha widocznie na to również był przygotowany.
- Zjemy po drodze. - oznajmił, podnosząc dłoń w której trzymał dwa pudełka z jedzeniem. - Bierz rzeczy i wychodzimy.
Z gorzkim poczuciem absolutnej klęski dziewczyna wróciła do pokoju po torbę i pół godziny później byli już w drodze, wlokąc się w chłodnej, porannej mgle.
Nie rozmawiali zbyt wiele w czasie podróży, która równym tempem toczyła się w nieskończoność. Po wschodzie słońca zatrzymali się na śniadanie, a potem żywili się tylko paskami suszonego mięsa w biegu aż do wieczora.
- Tutaj. - rzucił mężczyzna, kiedy znaleźli się w niewielkim miasteczku. Skinął głową w stronę niewielkiego zajazdu, kierując tam swoje kroki. Ćma, zbyt zmęczona aby protestować, podążyła za nim. - To sprawdzone miejsce. - wyjaśnił, kiedy już zapłacili za nocleg i odebrali klucze do pokoju, "tego co zawsze", jak z kamienną miną poinformowała ich podstarzała recepcjonistka. Płaszcz Itachiego wydawał się nie robić na niej najmniejszego wrażenia, choć zmierzyła dziewczynę dyskretnie ciekawskim wzrokiem. Widać spodziewała się raczej wielkiego półrekina w czarnym płaszczu zamiast drobnej kobietki w przykrótkim kimonie, jednak wszelkie komentarze zachowała dla siebie - rozsądna taktyka przy goszczeniu członków Akatsuki.
- Łazienka po lewej, jeśli chcesz skorzystać z łaźni to musisz zejść na dół. - wyjaśnił sucho Uchiha, kiedy weszli do przydzielonego im pokoju. Bez krępacji rzucił torbę na matę bliżej drzwi i ściągnął płaszcz, z westchnieniem siadając na posłaniu. Po chwili wyciągnął kunai wraz z ostrzałką, aby zająć czymś ręce, kiedy dziewczyna zostawiła bagaż na swojej macie po drugiej stronie pokoju i zniknęła w łazience z hotelową yukatą.
Nie zauważył nawet, kiedy zasnął z bronią wciąż w półotwartej dłoni, ale obudził się dopiero w środku nocy, okryty troskliwie płaszczem i z kunaiem odłożonym do leżącej nieopodal torby.
- Nie jestem dzieckiem. - wymamrotał niezbyt przytomny i chwycił po omacku swoje kimono, zataczając się po ciemku do mniejszego pomieszczenia, gdzie przebrał się i przygotował do snu. Dopiero kiedy wyszedł z łazienki i zaczął skradać się z powrotem do swojej maty, zauważył, że łóżko Ga jest puste.
- Ga-chan...? - rzucił w ciemność przed sobą, rozglądając się jak dziecko we mgle. Już zaczął się denerwować, kiedy usłyszał charakterystyczny dźwięk tłumionego szlochu dobiegający zza uchylonych drzwi balkonowych.
- Coś się stało? - zapytał, kiedy po otworzeniu drzwi na oścież zastał Ćmę siedzącą na podłodze, z podkulonymi nogami. Jej ramiona się trzęsły, choć wieczór był raczej ciepły i nawet mimo zaspania Itachi odgadł, że to ona płakała.
- Nie możesz spać? - dopytywał się. Pokiwała głową, obejmując kolana. Czasami zdarzało się, że nie mogła zasnąć i zwykle szła wtedy do Sasoriego. Teraz jednak była daleko, daleko od swojego "brata" i nie mogła powstrzymać łez, które wzbierały w jej sercu tyle lat.
Mężczyzna westchnął, siadając obok niej.
- Wszyscy coś straciliśmy, Ga-chan. Nie płacz. - pocieszał ją, niepewnie odgarniając kosmyk szarawych włosów z jej zaczerwienionej, wilgotnej od łez twarzy. Zacisnęła powieki, odwracając od niego głowę, a on poczuł nieznaczne ukłucie bólu na widok znajomego gestu: Sasuke też nie znosił, gdy widział jak płacze...
Zaraz jednak dziewczyna niepewnie się do niego przysunęła, dotykając rozgrzanym policzkiem jego nieruchomej dłoni. Jak to jest, że w nocy łatwiej jest okazywać takie emocje...?
- Chcesz, żebym cię przytulił? - zaproponował miękko, niemalże szeptem, nieznacznie głaszcząc kciukiem twarz, którą ufnie wtuliła w jego rękę. Wsłuchiwał się chwilę w jej nierówny oddech, zanim powoli kiwnęła głową. Objął ją ostrożnie, a ona po chwili oparła się o jego ramię, rozluźniając spięte do granic bólu mięśnie. Wydała z siebie przerywane westchnięcie i znieruchomiała na moment, aż jej oddech się nie wyrównał. Wtedy odchrząknęła cicho i wyprostowała się, wstając.
- Dziękuję. - powiedziała z wdzięcznością. - Pójdę się położyć. - Mężczyzna pokiwał głową, po chwili również stając na nogi.
- Ja też już idę. Dobranoc.
Obydwoje obudzili się bardzo późno i wyszli z zajazdu w wielkim pośpiechu. Nie rozmawiali o tym, co wydarzyło się na balkonie, jednak napięcie towarzyszące im od początku podróży wydawało się opaść.
Trzy kolejne dni kluczyli na granicy rzadkiego lasu, poszukując śladów mężczyzny, którego mieli wyeliminować. Dwa razy dziennie przystawali, aby zjeść i aby Ćma mogła skoncentrować się na wykrywaniu jakichkolwiek wskazówek na temat tego, w którą stronę udała się ich ofiara.
- Głowa mnie od tego boli. - poskarżyła się dziewczyna po wyznaczeniu kierunku, z którego wyczuwała obecność mogącą być obiektem ich misji.
- Mało jesz. - zwrócił jej uwagę Uchiha. Kiedy nie odpowiedziała, podał jej ciemną pigułkę. - Trzymaj. Pigułka żywnościowa.
Przyjęła ją z bladym uśmiechem, jednak zaraz się zatrzymała, zwężonymi oczyma wodząc wokół nich.
- Piętnaście metrów na trzecią. Chyba przeczuwa pościg. - wymamrotała, obserwując zmrużonymi oczami coś, co tylko ona mogła dostrzec.
- Pójdę przodem. Zaczaisz się po mojej lewej i wykonasz atak z zaskoczenia. - poinstruował ją, celowo nie uściślając kiedy i jak ma zaatakować: to miała być część jej sprawdzianu.
Kiwnęła głową, skradając się szybko w stronę przeciwnika, a Uchiha puścił się biegiem, po chwili wyskakując na niewielką polanę, gdzie obozował ich przeciwnik, Tsuta Urushi. Najwyraźniej dziewczyna miała rację, bo mężczyzna z zielonkawymi włosami bez trudu odparował jego atak szerokim cięciem katany. Stali teraz naprzeciwko siebie, mierząc jeden drugiego podejrzliwym wzrokiem.
- Gdzie dziewczyna? - warknął zaatakowany szorstkim głosem. Jego strój nie przypominał rynsztunku żadnego ze znanych Itachiemu krajów. Kiedy nie zareagował, zielonowłosy uśmiechnął się kpiąco. - Widzieli was razem. Za jej głowę jest okrągła sumka. - Z jego gardła wypełzł nieprzyjemny chichot, a Itachi się skrzywił. Co za paskudny typ...
- Nie zobaczysz nawet jej cienia. - odparł chłodno, czym zyskał jedynie kolejną, zasuszoną namiastkę śmiechu. Przeciwnik bez trudu uniknął jego genjutsu, jednak Uchiha zauważył już sunącą w jego stronę smużkę dymu. Przymrużył oczy, przekonany o swojej przewadze, i wtedy Tsuta posłał mu wyjątkowo paskudny uśmiech. Z przerażającą pewnością Akatsuki zdał sobie sprawę, iż typ od początku wiedział, że Ga ukrywa się w pobliżu.
- Będzie z niej piękna sakiewka ryo. - warknął, posyłając szeroki wachlarz ciężkich senbonów w Itachiego i ukrytą kawałek dalej Ćmę.
Na chwilę wszystko wydawało się zamazane. Poczuł ostry, paraliżujący ból w klatce piersiowej i usłyszał przeszywający krzyk dziewczyny, tak blisko, że niemalże mógł jej dotknąć. Chyba na chwilę nawet stracił przytomność, bo dalej pamiętał już tylko jej cichy szloch, kiedy usiłowała go podnieść.
- Ty idioto... Nie umieraj! - łkała, zaciskając kurczowo palce na jego pokrwawionej szacie. Widać senbony miały w sobie małą "niespodziankę", bo nie był w stanie nawet uchylić powiek. - Ty skończony idioto... - szeptała bez tchu.
I jak ja teraz przekonam lidera, że to nie ja go zabiłam...?
=====
JAK JA CHOLERNIE NIE ZNOSZĘ TEGO ROZDZIAŁU TO JEST PO PROSTU HISTORIA.
Jest okropny, zły i paskudny, a na dodatek pod koniec pisany na kompletnym bezweniu.
Możecie mnie ukrzyżować.
A tak poważnie, to zupełnie nie jestem zadowolona z końcówki. Od sceny balkonowej miałam problemy z pisaniem tego, ale deadline mnie gonił i nie miałam czasu poczekać jeszcze jeden dzień, aż mi się wszystko wyklaruje. Tak więc oddaję w Wasze ręce tego małego potworka (który i tak obejmuje tylko 4/7 początkowego planu, bo wiedziałam, że inaczej się nie wyrobie i powiesicie mnie na własnych flakach).
PS: Zdziwieni, że z nim wysłałam małą Ćmę na misję? Mówiłam, że odpowiedź jest logiczna :D
Oka-san
Have you ever wondered why does Akatsuki never talk about Orochimaru's treason? It is all caused by a memory of one, particular Moth...
wtorek, 14 lipca 2015
piątek, 26 czerwca 2015
Rozdział 14: Sztuka zaufania.
Yahiko zamyślił się, wbijając wzrok w splecione na biurku dłonie. Minął tydzień, odkąd miał wątpliwą przyjemność wysłuchiwać warkliwych wyjaśnień Itachiego, a teraz znów gościł go w swoim gabinecie, dokładnie tak, jak mu wcześniej polecił.
- No dobrze, ale jak chcesz zapobiec powtórzeniu się tamtej sytuacji? - zapytał po chwili, przenosząc skoncentrowany i lekko wyzywający wzrok na opanowanego Uchihę.
- Dziewczyna nie jest tępa. - zauważył oględnie. - Nie trzeba poddawać jej tresurze jak dzikiego psa.
- Nie o to pytałem. - burknął rudowłosy mężczyzna. Itachi zacisnął usta nieznacznie.
- Rozmawiam z nią. Pomagam wstać. Przyzywczajam do dotyku małymi gestami. - wyjaśnił niechętnie. - I wycofuję się, kiedy zaczyna ją to stresować.
- Tresura idealna. - uśmiechnął się nieco złośliwie lider.
- Niemalże. - powiedział mężczyzna, zdeterminowany by nie dać wciągnąć się w tanią prowokację. Sam wiedział najlepiej, jak poniżająco to brzmiało, nawet w ustach dorosłego mężczyzny. - Wolę myśleć o tym, jak o terapii.
- Dobrze, że się jakoś dogadaliście z Ga, cieszy mnie to. - podsumował niecierpliwie Yahiko, nieco rozczarowany uprzejmym brakiem reakcji podwładnego. Konan była zajęta i brakowało mu kogoś do rozmowy o rzeczach niezwiązanych z organizacją. - Możesz znikać. - machnął na niego z nieznaczną irytacją, pochylając się nad leżącymi na biurku papierami.
Itachi nie czekał na potwierdzenie rozkazu, podniósł się sprawnie i opuścił gabinet, wychodząc na korytarz. Minął kilka par drzwi i zatrzymał się tuż przed wejściem do salonu, opuszczając głowę i nasłuchując.
- Nie uwierzysz, no kurwa padniesz jak ci powiem! - unosił się Hidan z mieszanką szoku i irytacji.
- Doprawdy. - odparł Kakuzu z zupełnie przejrzystym brakiem zainteresowania. Widać miał umiarkowanie dobry nastrój po krótkiej misji zarobkowej, z której wczoraj wrócili.
- Śpię sobie spokojnie jak jebana kłoda... - rozpoczął opowieść z wielkim zaaferowaniem, nie zwracając uwagi na totalny brak zaangażowania wyższego mężczyzny. Itachi mógł niemal zobaczyć oczami duszy, jak wymachuje rękami w marnej próbie gestykulacji. - ...otwieram oczy, bo coś mi oddychać kurwa nie idzie i co widzę?! NO CO WIDZĘ?!
- Nie drzyj mordy. - burknął jego rozmówca mimo woli.
- Widzę Ga, mojego cukiereczka, jak się nade mną pochyla i łaskocze w mordę tymi białymi kudełkami! - oznajmił z nutką samozadowolenia. - Ale to nie wszystko! - zaznaczył. - Chcę zapytać jej, co ją tu sprowadza, rozumiesz, i kurwa nie mogę, bo coś mi mordę blokuje i w gardle drapie!
- No i? - zainteresował się mimowolnie Kakuzu, zapewne lustrując go spojrzeniem znad kubka zielonej herbaty.
- Myślę sobie "Co do chuja?", a ona tak patrzy na mnie tymi ślepkami, przekrzywia głowę i mówi: "Hmm, czyli to nie działa"! - uniósł się, a na usta Uchihy wkradł się cyniczny uśmieszek. Teraz rozumiał już, po co Ćma wypytywała go o źródło nieśmiertelności albinosa.
- I co dalej? - skarbnik wykazywał niezwykłe dla siebie zaangażowanie paplaniną Hidana.
- No i nic! Zabrała ze mnie ten pieprzony dym i wyleciała pod drzwiami. - prychnął Jashinista.
- Toś frajer. - wytknął mu złośliwie drugi. - Taka piękność w twojej sypialni, a tobie ozora w gębie nagle zabrakło...?
Czarnowłosy wyprostował się, tracąc zainteresowanie ich dalszą dyskusją. W tle słyszał jeszcze Kisame z Sasorim, nie słyszał jednak w salonie Ćmy, więc postanowił wrócić do swojego pokoju i przygotować do treningu. Miał dzisiaj dla niej specjalne ćwiczenie i musiał się do niego przygotować.
Z zamyślenia wyrwał go znajomy głos, kiedy mijał wejście do pomieszczenia. Odwrócił się, widząc przechyloną przez próg kuchni, machającą mu jasnowłosą dziewczynę.
- Itachi-sensei! - zawołała go, z uśmiechem błąkającym się na bladoróżowych ustach i błyszczącymi radośnie oczyma. Widok, który poruszyłby skałę, a nawet przeciętnego Uchihę.
- Hmm? - uniósł pytająco brwi, kierując kilka kroków w stronę swojej uczennicy.
- Pytałam, czy chcesz napić się herbaty, Itachi-sensei. - powtórzyła Ćma ze spokojnym szczęściem wymalowanym na twarzy. Zza jej pleców dobiegł dyskretny chichot, zwiastujący czającą się tuż za progiem Konan.
- Będę wdzięczny. - oznajmił, nieznacznie skłaniając głowę w jej stronę i wchodząc do pomieszczenia. Skinął głową Kisame i wdał się z nim w krótką dyskusję, starannie ignorując podejrzliwe spojrzenie Sasoriego.
- Kisame nie może się ciebie nachwalić. - zauważyła Konan z uśmiechem, gdy tylko dziewczyna z powrotem stanęła w kuchni. Jej kąciki lekko drgnęły ku górze w imitacji uśmiechu.
- To wielki zaszczyt, być chwaloną przez jednego z Siedmiu Szermierzy. - zapewniła ochoczo, stawiając czajnik na ogniu. Kobieta odgarnęła niesforny kosmyk włosów z czoła nadgarstkiem i spojrzała na Ćmę. Zajęło jej to kilka miesięcy, ale nawet pomimo wypadku z dziewczyny uszło całe napięcie i nerwowość pierwszych dni w organizacji, zostawiając samą esencję łagodnego ciepła, jakim emanowała jej nieco wychudzona sylwetka. Zmieniała się na lepsze, a z nią cała organizacja. Kakuzu w końcu zaczął interesować się życiem w aspekcie pozafinansowym, Sasori bardziej udzielał się na forum i nawet Itachi czasem się rozchmurzał. Z całego Akatsuki tylko Orochimaru nie został dotknięty swoistym czarem dziewczyny, wciąż zamykając się w pokoju i nie rozmawiając o niczym, co nie dotyczyło misji.
- Masz piękne paznokcie, Konan-chan. - Zauważyła Ga, kiedy kobieta oczyściła dłonie z ciasta na dango. Spojrzała w lekkim zaskoczeniu na swoje palce, a później na palce białowłosej, uświadamiając sobie, jak blado wygląda ten naturalny, muszelkowy róż w porównaniu z wściekłym pomarańczem na jej paznokciach. Uśmiechnęła się ciepło do dziewczyny, kryjąc ostry kolor w zwojach ręcznika, którym suszyła ręce.
- To taka tradycja. Wszyscy mają pomalowane, nawet Hidan. - mrugnęła do niej, wywołując porozumiewawcze przewrócenie oczami. Ostatnio została przez niego zasypana rozmaitymi upominkami z jego misji, ku wyraźnemu zażenowaniu Kakuzu i cichemu rozbawieniu całej reszty. Wszyscy wiedzieli z góry, że albinos nie ma najmniejszych szans u opanowanej Kemuri no Ga, która na jego co śmielsze próby reagowała uprzejmą odmową. Tylko Sasori reagował na te awanse bierną irytacją, a Itachi udawał, że niczego nie dostrzega.
Ćma spojrzała w zamyśleniu na swoje paznokcie, pocierając je bezwiednie. Niebieskowłosa kobieta westchnęła cicho, podchodząc do niej i chwytając ją delikatnie pod brodę, zmuszając do spojrzenia w bursztynowe oczy. Ponownie zaatakowała zamyśloną dziewczynę pocieszającym uśmiechem, klepiąc ją lekko po ramieniu.
- Jak już skończysz trening, to osobiście postaram się, żeby wysłać cię na misję gdzieś, gdzie będziesz mogła kupić sobie ładny lakier. - obiecała. Na różowawe wargi Ćmy wkradł się jej uśmiechopodobny grymas.
- Dziękuję, Konan-chan. - powiedziała, zwracając się do świszczącego na kuchence czajnika. Pewną dłonią nalała herbaty do glinianego kubka, chwytając go ostrożnie w wąskie dłonie i zmierzając do salonu.
- Twoja herbata, Itachi-sensei. - oznajmiła pogodnie, wyrywając ciemnowłosego z przyciszonej rozmowy z Kisame, który uśmiechnął się szeroko na jej widok.
- Pięknooka jak zwykle niezastąpiona. - zauważył, trącając pochłoniętego napojem Itachiego.
- Dziękuję ci, Ga-chan. - powiedział tonem, który wydawał się niemalże miękki, choć mogło to być spowodowane trzymanym przez niego przed twarzą kubkiem. Jej oczy błysnęły ciepło, kiedy spojrzała przelotnie na nukenina z Kiri. Jej kąciki drgnęły nieznacznie, zastępując kurtuazyjny ukłon i wróciła do kuchni, pomagać Konan w szykowaniu obiadu.
- Złote dziecko. - stwierdził półrekin, kiedy znalazła się już poza zasięgiem jego głosu.
- Mówisz tak, bo pochodzi z Kirigakure. - wytknął mu Uchiha spokojnym tonem, dmuchając na gorący napar z przymkniętymi oczami.
- Ty byś nawet byś do niej nie podszedł, gdyby była z Konohy. - prychnął mężczyzna, krzyżując ramiona na piersi. Itachi zmarszczył brwi, patrząc na niego ostro znad krawędzi kubka.
- Tak, dokładnie. - mruknął, wstając i wychodząc z salonu. Nie miał ochoty na dalszą dyskusję na ten temat. Wychodząc usłyszał jeszcze krótki raban w kuchni, z którego wyłapał słowa "trucizna na szczury", a potem już tylko pozornie życzliwy głos Ćmy:
- Hidaaan, chcesz może herbaty?
Nie czekał jednak na odpowiedź, odcinając się od reszty organizacji ostrą krawędzią drzwi swojej sypialni. Spędził tam znaczną część reszty dnia, włącznie z obiadem i wyszedł dopiero pod wieczór, aby spotkać się z Ga na szczycie skały, której wnętrze służyło za kwaterę główną organizacji.
- I jak wygląda tolerancja Hidana na trucizny? - zapytał tonem chłodnej nagany, krzyżując ramiona na piersi. Jedynym co uzyskał od niej w odpowiedzi było spojrzenie pełne niewinnego, okrągłookiego zdziwienia. - W całej kryjówce było słychać, czym go uraczyłaś. - dodał z wyrzutem, jednak zaraz umilkł, gdyż wyczuł To: dziewczyna go skanowała, wywołując charakterystyczne uczucie lekkiego mętliku w głowie. Zdążył już przywyknąć do tego na tyle, aby nie próbować jej przed tym powstrzymać, bo wiedział że jest to jej sposób na ułatwienie im komunikacji - swego rodzaju zemsta za drobne naruszenia jej przestrzeni osobistej w czasie treningów. Rozluźnił się i pozwolił jej spojrzeć przez siebie na wylot, usiłując jednocześnie wykrzesać z siebie nieco dezaprobaty, albo chociaż lekkie zażenowanie jej "zabawą", jednak okazało się to prawie niemożliwe pod mącącym myśli spojrzeniem białych źrenic. W końcu dziewczyna zwiesiła głowę i wbiła spojrzenie w swoje splecione bezładnie dłonie, choć Itachi podejrzewał, że gest ten miał służyć bardziej ukryciu uśmiechu niż okazaniu skruchy.
Pozwolił sobie na ciche westchnienie, podchodząc kilka kroków bliżej do zasłoniętej jasnymi włosami Ćmy i wyciągnął rękę, jakby chciał dotknąć jej twarzy. Dziewczyna spięła się lekko, odwracając głowę z dala od niego. Męska dłoń zawisła w powietrzu, po czym ostrożnie chwyciła dziewczynę pod brodę, zmuszając ją do ponownego spojrzenia w ciemne oczy Uchihy. Nawet jeśli wcześniej na jej ustach błądził uśmiech, teraz nie było po nim śladu. Tylko ostrzegający błysk szeroko otwartych oczu i nieco przyspieszony oddech, który starała się ukryć.
- Nie interesuje mnie, co robisz z Hidanem. - powiedział z naciskiem, nie cofając ręki i hardo patrząc jej w oczy. Już dawno nauczył się, że udzielanie jej reprymend jest zbędne, ale nad niektórymi rzeczami wciąż nie był w stanie przejść obojętnie. - Musisz jednak mieć na uwadze, że ten człowiek bardzo łatwo może opacznie zrozumieć twoje intencje, Ga-chan. - wytłumaczył.
- Sensei... - odparła z trudem przez zaciśnięte zęby.
- Rozumiemy się? - zapytał, uparcie patrząc jej w oczy i niewzruszenie trzymając ją brodę w górze, aby nie mogła odwrócić wzroku.
- Rozumiemy, sensei. Możesz puścić...? - poprosiła, wskazując spojrzeniem jego ramię. Puścił ją bez słowa, ponownie zaplatając ramiona na piersi, a ona cofnęła się, dotykając przelotnie swojego podbródka i dysząc lekko. - Nie lubię, kiedy tak robisz, sensei. - powiedziała z urazą, kiedy już się opanowała. Sam fakt, że powiedziała to na głos był dla Uchihy niemałym sukcesem wychowawczym - tak jak to, że na niespodziewane dotknięcie twarzy nie odpowiedziała atakiem.
- Zapomniałem. - zapewnił, sprawdzając na twarzy kierunek wiatru. - Gotowa?
- Bardziej już nie będę, Itachi-sensei. - powiedziała ze zrezygnowaniem, ustawiając się przodem do wiatru i rozkładając ramiona. Wzięła głęboki wdech, czując dłonie na ramionach i przełknęła ślinę z trudem.
- Pamiętaj, o czym mówiliśmy w czasie ćwiczeń. - przypomniał jej łagodnie. - Gotowa? - powtórzył pytanie, podchodząc z nią do krawędzi skały. Jasnowłosa odetchnęła głęboko, przymykając na chwilę oczy by po chwili otworzyć je z nowymi pokładami pewności.
- Gotowa. - zameldowała hardo, czując jak wiatr podburza jej popielatoszare włosy.
- Leć. - szepnął mężczyzna, stanowczo prostując ręce i spychając dziewczynę z wystającego kawałka skały. - Raz. - mruknął, wciąż czując dotyk jej włosów na wierzchu dłoni. - Dwa. Trzy...
Podmuch niemalże pozbawił go równowagi, kiedy z bijącym niespokojnie sercem chciał spojrzeć w dół prostej, kamiennej ściany. "Wygląda na to" pomyślał, słuchając brzmiącego echem w dolinie śmiechu, "Wygląda na to, że mała Ćma jednak rozwinęła skrzydła".
=====
Tak jak obiecałam, wrzucam rozdział 26.06, już po zakończeniu i wysłuchaniu kazania za świadectwo. Przyznam, że kończyłam ten rozdział wczoraj z sercem w gardle, bo nie znoszę deadline'ów, a na dodatek sam pomysł na zakończenie pojawił się w ostatniej chwili. Z niejakim zadowoleniem stwierdzam, że wetknęłam tu znakomitą część motywów z samych zamierzchłych początków projektowania tej postaci, m.in. "ćmie" skrzydła (odrzucone przez zbytnie upodobnienie się do Konan) i niewinna zabawa polegająca na usiłowaniu morderstwa na Hidanie.
Tym niemniej miałam niezły ubaw pisząc to i mam nadzieję, że będziecie mieć ubaw czytając.
I pytanie zagadka: z kim ostatecznie wyląduje Ćma? Jak na razie słyszałam o trzech możliwych kandydaturach (wciąż nie wiem jak wpadłaś na Sasoriego, Cath) i aż mnie ciekawi, jak Wam się wydaje.
Drugie pytanie jest z bonusowym spoilerem:
Rozdział 15 przewiduje wyjście na misję. Jak myślicie, z kim?
Na odpowiedzi czekam w komentarzach.
Orientacyjna data kolejnego rozdziału to połowa lipca.
Cya
- No dobrze, ale jak chcesz zapobiec powtórzeniu się tamtej sytuacji? - zapytał po chwili, przenosząc skoncentrowany i lekko wyzywający wzrok na opanowanego Uchihę.
- Dziewczyna nie jest tępa. - zauważył oględnie. - Nie trzeba poddawać jej tresurze jak dzikiego psa.
- Nie o to pytałem. - burknął rudowłosy mężczyzna. Itachi zacisnął usta nieznacznie.
- Rozmawiam z nią. Pomagam wstać. Przyzywczajam do dotyku małymi gestami. - wyjaśnił niechętnie. - I wycofuję się, kiedy zaczyna ją to stresować.
- Tresura idealna. - uśmiechnął się nieco złośliwie lider.
- Niemalże. - powiedział mężczyzna, zdeterminowany by nie dać wciągnąć się w tanią prowokację. Sam wiedział najlepiej, jak poniżająco to brzmiało, nawet w ustach dorosłego mężczyzny. - Wolę myśleć o tym, jak o terapii.
- Dobrze, że się jakoś dogadaliście z Ga, cieszy mnie to. - podsumował niecierpliwie Yahiko, nieco rozczarowany uprzejmym brakiem reakcji podwładnego. Konan była zajęta i brakowało mu kogoś do rozmowy o rzeczach niezwiązanych z organizacją. - Możesz znikać. - machnął na niego z nieznaczną irytacją, pochylając się nad leżącymi na biurku papierami.
Itachi nie czekał na potwierdzenie rozkazu, podniósł się sprawnie i opuścił gabinet, wychodząc na korytarz. Minął kilka par drzwi i zatrzymał się tuż przed wejściem do salonu, opuszczając głowę i nasłuchując.
- Nie uwierzysz, no kurwa padniesz jak ci powiem! - unosił się Hidan z mieszanką szoku i irytacji.
- Doprawdy. - odparł Kakuzu z zupełnie przejrzystym brakiem zainteresowania. Widać miał umiarkowanie dobry nastrój po krótkiej misji zarobkowej, z której wczoraj wrócili.
- Śpię sobie spokojnie jak jebana kłoda... - rozpoczął opowieść z wielkim zaaferowaniem, nie zwracając uwagi na totalny brak zaangażowania wyższego mężczyzny. Itachi mógł niemal zobaczyć oczami duszy, jak wymachuje rękami w marnej próbie gestykulacji. - ...otwieram oczy, bo coś mi oddychać kurwa nie idzie i co widzę?! NO CO WIDZĘ?!
- Nie drzyj mordy. - burknął jego rozmówca mimo woli.
- Widzę Ga, mojego cukiereczka, jak się nade mną pochyla i łaskocze w mordę tymi białymi kudełkami! - oznajmił z nutką samozadowolenia. - Ale to nie wszystko! - zaznaczył. - Chcę zapytać jej, co ją tu sprowadza, rozumiesz, i kurwa nie mogę, bo coś mi mordę blokuje i w gardle drapie!
- No i? - zainteresował się mimowolnie Kakuzu, zapewne lustrując go spojrzeniem znad kubka zielonej herbaty.
- Myślę sobie "Co do chuja?", a ona tak patrzy na mnie tymi ślepkami, przekrzywia głowę i mówi: "Hmm, czyli to nie działa"! - uniósł się, a na usta Uchihy wkradł się cyniczny uśmieszek. Teraz rozumiał już, po co Ćma wypytywała go o źródło nieśmiertelności albinosa.
- I co dalej? - skarbnik wykazywał niezwykłe dla siebie zaangażowanie paplaniną Hidana.
- No i nic! Zabrała ze mnie ten pieprzony dym i wyleciała pod drzwiami. - prychnął Jashinista.
- Toś frajer. - wytknął mu złośliwie drugi. - Taka piękność w twojej sypialni, a tobie ozora w gębie nagle zabrakło...?
Czarnowłosy wyprostował się, tracąc zainteresowanie ich dalszą dyskusją. W tle słyszał jeszcze Kisame z Sasorim, nie słyszał jednak w salonie Ćmy, więc postanowił wrócić do swojego pokoju i przygotować do treningu. Miał dzisiaj dla niej specjalne ćwiczenie i musiał się do niego przygotować.
Z zamyślenia wyrwał go znajomy głos, kiedy mijał wejście do pomieszczenia. Odwrócił się, widząc przechyloną przez próg kuchni, machającą mu jasnowłosą dziewczynę.
- Itachi-sensei! - zawołała go, z uśmiechem błąkającym się na bladoróżowych ustach i błyszczącymi radośnie oczyma. Widok, który poruszyłby skałę, a nawet przeciętnego Uchihę.
- Hmm? - uniósł pytająco brwi, kierując kilka kroków w stronę swojej uczennicy.
- Pytałam, czy chcesz napić się herbaty, Itachi-sensei. - powtórzyła Ćma ze spokojnym szczęściem wymalowanym na twarzy. Zza jej pleców dobiegł dyskretny chichot, zwiastujący czającą się tuż za progiem Konan.
- Będę wdzięczny. - oznajmił, nieznacznie skłaniając głowę w jej stronę i wchodząc do pomieszczenia. Skinął głową Kisame i wdał się z nim w krótką dyskusję, starannie ignorując podejrzliwe spojrzenie Sasoriego.
- Kisame nie może się ciebie nachwalić. - zauważyła Konan z uśmiechem, gdy tylko dziewczyna z powrotem stanęła w kuchni. Jej kąciki lekko drgnęły ku górze w imitacji uśmiechu.
- To wielki zaszczyt, być chwaloną przez jednego z Siedmiu Szermierzy. - zapewniła ochoczo, stawiając czajnik na ogniu. Kobieta odgarnęła niesforny kosmyk włosów z czoła nadgarstkiem i spojrzała na Ćmę. Zajęło jej to kilka miesięcy, ale nawet pomimo wypadku z dziewczyny uszło całe napięcie i nerwowość pierwszych dni w organizacji, zostawiając samą esencję łagodnego ciepła, jakim emanowała jej nieco wychudzona sylwetka. Zmieniała się na lepsze, a z nią cała organizacja. Kakuzu w końcu zaczął interesować się życiem w aspekcie pozafinansowym, Sasori bardziej udzielał się na forum i nawet Itachi czasem się rozchmurzał. Z całego Akatsuki tylko Orochimaru nie został dotknięty swoistym czarem dziewczyny, wciąż zamykając się w pokoju i nie rozmawiając o niczym, co nie dotyczyło misji.
- Masz piękne paznokcie, Konan-chan. - Zauważyła Ga, kiedy kobieta oczyściła dłonie z ciasta na dango. Spojrzała w lekkim zaskoczeniu na swoje palce, a później na palce białowłosej, uświadamiając sobie, jak blado wygląda ten naturalny, muszelkowy róż w porównaniu z wściekłym pomarańczem na jej paznokciach. Uśmiechnęła się ciepło do dziewczyny, kryjąc ostry kolor w zwojach ręcznika, którym suszyła ręce.
- To taka tradycja. Wszyscy mają pomalowane, nawet Hidan. - mrugnęła do niej, wywołując porozumiewawcze przewrócenie oczami. Ostatnio została przez niego zasypana rozmaitymi upominkami z jego misji, ku wyraźnemu zażenowaniu Kakuzu i cichemu rozbawieniu całej reszty. Wszyscy wiedzieli z góry, że albinos nie ma najmniejszych szans u opanowanej Kemuri no Ga, która na jego co śmielsze próby reagowała uprzejmą odmową. Tylko Sasori reagował na te awanse bierną irytacją, a Itachi udawał, że niczego nie dostrzega.
Ćma spojrzała w zamyśleniu na swoje paznokcie, pocierając je bezwiednie. Niebieskowłosa kobieta westchnęła cicho, podchodząc do niej i chwytając ją delikatnie pod brodę, zmuszając do spojrzenia w bursztynowe oczy. Ponownie zaatakowała zamyśloną dziewczynę pocieszającym uśmiechem, klepiąc ją lekko po ramieniu.
- Jak już skończysz trening, to osobiście postaram się, żeby wysłać cię na misję gdzieś, gdzie będziesz mogła kupić sobie ładny lakier. - obiecała. Na różowawe wargi Ćmy wkradł się jej uśmiechopodobny grymas.
- Dziękuję, Konan-chan. - powiedziała, zwracając się do świszczącego na kuchence czajnika. Pewną dłonią nalała herbaty do glinianego kubka, chwytając go ostrożnie w wąskie dłonie i zmierzając do salonu.
- Twoja herbata, Itachi-sensei. - oznajmiła pogodnie, wyrywając ciemnowłosego z przyciszonej rozmowy z Kisame, który uśmiechnął się szeroko na jej widok.
- Pięknooka jak zwykle niezastąpiona. - zauważył, trącając pochłoniętego napojem Itachiego.
- Dziękuję ci, Ga-chan. - powiedział tonem, który wydawał się niemalże miękki, choć mogło to być spowodowane trzymanym przez niego przed twarzą kubkiem. Jej oczy błysnęły ciepło, kiedy spojrzała przelotnie na nukenina z Kiri. Jej kąciki drgnęły nieznacznie, zastępując kurtuazyjny ukłon i wróciła do kuchni, pomagać Konan w szykowaniu obiadu.
- Złote dziecko. - stwierdził półrekin, kiedy znalazła się już poza zasięgiem jego głosu.
- Mówisz tak, bo pochodzi z Kirigakure. - wytknął mu Uchiha spokojnym tonem, dmuchając na gorący napar z przymkniętymi oczami.
- Ty byś nawet byś do niej nie podszedł, gdyby była z Konohy. - prychnął mężczyzna, krzyżując ramiona na piersi. Itachi zmarszczył brwi, patrząc na niego ostro znad krawędzi kubka.
- Tak, dokładnie. - mruknął, wstając i wychodząc z salonu. Nie miał ochoty na dalszą dyskusję na ten temat. Wychodząc usłyszał jeszcze krótki raban w kuchni, z którego wyłapał słowa "trucizna na szczury", a potem już tylko pozornie życzliwy głos Ćmy:
- Hidaaan, chcesz może herbaty?
Nie czekał jednak na odpowiedź, odcinając się od reszty organizacji ostrą krawędzią drzwi swojej sypialni. Spędził tam znaczną część reszty dnia, włącznie z obiadem i wyszedł dopiero pod wieczór, aby spotkać się z Ga na szczycie skały, której wnętrze służyło za kwaterę główną organizacji.
- I jak wygląda tolerancja Hidana na trucizny? - zapytał tonem chłodnej nagany, krzyżując ramiona na piersi. Jedynym co uzyskał od niej w odpowiedzi było spojrzenie pełne niewinnego, okrągłookiego zdziwienia. - W całej kryjówce było słychać, czym go uraczyłaś. - dodał z wyrzutem, jednak zaraz umilkł, gdyż wyczuł To: dziewczyna go skanowała, wywołując charakterystyczne uczucie lekkiego mętliku w głowie. Zdążył już przywyknąć do tego na tyle, aby nie próbować jej przed tym powstrzymać, bo wiedział że jest to jej sposób na ułatwienie im komunikacji - swego rodzaju zemsta za drobne naruszenia jej przestrzeni osobistej w czasie treningów. Rozluźnił się i pozwolił jej spojrzeć przez siebie na wylot, usiłując jednocześnie wykrzesać z siebie nieco dezaprobaty, albo chociaż lekkie zażenowanie jej "zabawą", jednak okazało się to prawie niemożliwe pod mącącym myśli spojrzeniem białych źrenic. W końcu dziewczyna zwiesiła głowę i wbiła spojrzenie w swoje splecione bezładnie dłonie, choć Itachi podejrzewał, że gest ten miał służyć bardziej ukryciu uśmiechu niż okazaniu skruchy.
Pozwolił sobie na ciche westchnienie, podchodząc kilka kroków bliżej do zasłoniętej jasnymi włosami Ćmy i wyciągnął rękę, jakby chciał dotknąć jej twarzy. Dziewczyna spięła się lekko, odwracając głowę z dala od niego. Męska dłoń zawisła w powietrzu, po czym ostrożnie chwyciła dziewczynę pod brodę, zmuszając ją do ponownego spojrzenia w ciemne oczy Uchihy. Nawet jeśli wcześniej na jej ustach błądził uśmiech, teraz nie było po nim śladu. Tylko ostrzegający błysk szeroko otwartych oczu i nieco przyspieszony oddech, który starała się ukryć.
- Nie interesuje mnie, co robisz z Hidanem. - powiedział z naciskiem, nie cofając ręki i hardo patrząc jej w oczy. Już dawno nauczył się, że udzielanie jej reprymend jest zbędne, ale nad niektórymi rzeczami wciąż nie był w stanie przejść obojętnie. - Musisz jednak mieć na uwadze, że ten człowiek bardzo łatwo może opacznie zrozumieć twoje intencje, Ga-chan. - wytłumaczył.
- Sensei... - odparła z trudem przez zaciśnięte zęby.
- Rozumiemy się? - zapytał, uparcie patrząc jej w oczy i niewzruszenie trzymając ją brodę w górze, aby nie mogła odwrócić wzroku.
- Rozumiemy, sensei. Możesz puścić...? - poprosiła, wskazując spojrzeniem jego ramię. Puścił ją bez słowa, ponownie zaplatając ramiona na piersi, a ona cofnęła się, dotykając przelotnie swojego podbródka i dysząc lekko. - Nie lubię, kiedy tak robisz, sensei. - powiedziała z urazą, kiedy już się opanowała. Sam fakt, że powiedziała to na głos był dla Uchihy niemałym sukcesem wychowawczym - tak jak to, że na niespodziewane dotknięcie twarzy nie odpowiedziała atakiem.
- Zapomniałem. - zapewnił, sprawdzając na twarzy kierunek wiatru. - Gotowa?
- Bardziej już nie będę, Itachi-sensei. - powiedziała ze zrezygnowaniem, ustawiając się przodem do wiatru i rozkładając ramiona. Wzięła głęboki wdech, czując dłonie na ramionach i przełknęła ślinę z trudem.
- Pamiętaj, o czym mówiliśmy w czasie ćwiczeń. - przypomniał jej łagodnie. - Gotowa? - powtórzył pytanie, podchodząc z nią do krawędzi skały. Jasnowłosa odetchnęła głęboko, przymykając na chwilę oczy by po chwili otworzyć je z nowymi pokładami pewności.
- Gotowa. - zameldowała hardo, czując jak wiatr podburza jej popielatoszare włosy.
- Leć. - szepnął mężczyzna, stanowczo prostując ręce i spychając dziewczynę z wystającego kawałka skały. - Raz. - mruknął, wciąż czując dotyk jej włosów na wierzchu dłoni. - Dwa. Trzy...
Podmuch niemalże pozbawił go równowagi, kiedy z bijącym niespokojnie sercem chciał spojrzeć w dół prostej, kamiennej ściany. "Wygląda na to" pomyślał, słuchając brzmiącego echem w dolinie śmiechu, "Wygląda na to, że mała Ćma jednak rozwinęła skrzydła".
=====
Tak jak obiecałam, wrzucam rozdział 26.06, już po zakończeniu i wysłuchaniu kazania za świadectwo. Przyznam, że kończyłam ten rozdział wczoraj z sercem w gardle, bo nie znoszę deadline'ów, a na dodatek sam pomysł na zakończenie pojawił się w ostatniej chwili. Z niejakim zadowoleniem stwierdzam, że wetknęłam tu znakomitą część motywów z samych zamierzchłych początków projektowania tej postaci, m.in. "ćmie" skrzydła (odrzucone przez zbytnie upodobnienie się do Konan) i niewinna zabawa polegająca na usiłowaniu morderstwa na Hidanie.
Tym niemniej miałam niezły ubaw pisząc to i mam nadzieję, że będziecie mieć ubaw czytając.
I pytanie zagadka: z kim ostatecznie wyląduje Ćma? Jak na razie słyszałam o trzech możliwych kandydaturach (wciąż nie wiem jak wpadłaś na Sasoriego, Cath) i aż mnie ciekawi, jak Wam się wydaje.
Drugie pytanie jest z bonusowym spoilerem:
Rozdział 15 przewiduje wyjście na misję. Jak myślicie, z kim?
Na odpowiedzi czekam w komentarzach.
Orientacyjna data kolejnego rozdziału to połowa lipca.
Cya
poniedziałek, 1 czerwca 2015
Rozdział 13: Ile tylko będzie trzeba.
Ga leżała w brudnawym półcieniu amatorskiego parawanu, wsłuchując się w bicie własnego serca, przypominające głuche uderzenia drewnianego młota. Była zmęczona, ale jak można zasnąć przy takim łoskocie? Nerwy rozsadzały ją od środka, ale nie była w stanie nawet kiwnąć palcem. Bezsilność pętała jej umysł, prowadząc na skraj rozpaczy. Była tu zaledwie kilka tygodni, a już...
Zacisnęła zęby, oddychając niespokojnie. Czy tak właśnie musiało wyglądać całe jej życie? Ciągła ucieczka z miejsca w miejsce, kłamstwa, strach? Czy chociaż ten jeden, jedyny raz, mogłaby wszystkiego nie spieprzyć...?! Ponure rozmyślania przerwał cichy stuk do drzwi izolatki, a po chwili szum otwieranych drzwi.
- Idź stąd, proszę... - wydusiła z siebie słabo, jednak zaniechała protestów, kiedy w polu jej widzenia pojawił się Sasori, z książką w ręku i nieokreślonym wyrazem zwykle odrealnionych oczu.
- Wiedziałem, że nie będziesz spała, Ga-chan. - dziewczyna podciągnęła się na łokciu, żeby lepiej widzieć swojego nii-san. Wyczuwała w nim troskę i urazę, podszytą delikatnie poczuciem winy.
- Sasori nii-san... Powinieneś pracować nad nową marionetką. - wydusiła z siebie z trudem. Dopiero teraz zaczęła odczuwać efekty jej wcześniejszej walki z Itachim. Mężczyzna bez słowa położył książkę tuż przy jej dłoni, a ona z wdzięcznością zajęła się oglądaniem okładki, usiłując odpędzić ogarniającą ją senność. Jego czerwona czupryna odcinała się na tle mdłej bieli pomieszczenia, w pewien sposób przynosząc jej znękanym nerwom spokój. Zamyślony Sasori okazał się jej osobistym światełkiem na końcu tunelu. Nie pozwoli przecież jej stąd wyrzucić.
- Wiem, co się stało. - oświadczył po chwili, wbijając wzrok w pościel. Słysząc te słowa, poczuła jak jej żołądek wypełnia nieznośnie ciężka kula lodu. Wbiła palce wolnej dłoni w sztywną pościel w desperackiej próbie utrzymania świata w miejscu. Ten jednak zupełnie zignorował jej wysiłek i w dalszym ciągu wyczyniał dzikie harce przed jej oczami.
- Doprawdy? - zapytała po chwili, głosem cichym acz hardym. - Więc przyszedłeś mnie ukarać? - Sasori podniósł wzrok, napotykając stalowe spojrzenie białych źrenic, a dziewczyna ani drgnęła, kiedy wstał gwałtownie. "Karać? Ciebie?" zdawał się pytać, zaskoczony i niespodziewanie rozgniewany. - Za atak na mojego nauczyciela oczekiwałam chociaż upomnienia. - kontynuowała, nie spuszczając z niego podkrążonych oczu.
- Jak śmiesz mnie okłamywać? - ciężar jego słów przygniótł ją z powrotem do łóżka, pozbawiając na moment oddechu. - Nie jestem ułomny, Ga-chan. Widziałem, jak rzucał na ciebie genjutsu. - zacisnęła oczy, oddychając z trudem.
- N-nie...
- Nigdy więcej nie próbuj mnie okłamać, dziecko. - przerwał jej z irytacją, podszytą rozczarowaniem.
Na kilka minut w pomieszczeniu zapadła cisza, przerywana tylko niespokojnym oddechem Ćmy.
- Zapomniałam... Ty też tam byłeś, w tym deszczu... - powiedziała cicho, kiedy już udało jej się odzyskać kontrolę nad płucami. - Ja... Ja spanikowałam, nii-san, gdybym wcześniej powiedziała, że mam-
- Rozmówiłem się już z Itachim. Jest gotów wycofać się z roli twojego nauczyciela. - przerwał jej gorączkowe wyjaśnienia, siadając z powrotem na składanym krześle. - Jeśli tylko wyrazisz taką chęć, twoim senseiem może zostać Kakuzu, Kisame czy kogokolwiek wybierzesz, a Uchiha nie będzie miał nawet prawa do ciebie podejść. Wystarczy-
- Nie. - tym razem to Ga przerwała jemu. Mówiła zupełnie spokojnie, choć nie otworzyła oczu aby spojrzeć na swojego "brata".
- Nie?
- Nie.
- Dziecko, ty chyba nie rozumiesz wagi całej sytuacji. - prychnął, mrużąc pogardliwym gestem oczy. Ona jednak nie ustąpiła mu pola, otwierając szeroko swoje i nie spuszczając z niego przeszywającego spojrzenia.
- Jestem wystarczająco dorosła, żeby o tym decydować, Sasori nii-san. Czas potrzebny na przywyknięcie do nowego nauczyciela opóźniłby tragicznie mój trening, a to mogłoby rozzłościć Yahiko-sama. - wyłożyła spokojnie. - Dziękuję, że się o mnie martwisz, ale mogę zapewnić cię, że ta sytuacja się nie powtórzy.
- Etto... Skąd wiesz, że nie będzie znów próbował rzucić na ciebie genjutsu? - dopytywał się kąśliwie. Nie przyszło mu nawet do głowy, że Itachi mógł odczuwać z powodu wcześniejszego wypadku jakiekolwiek wyrzutu sumienia.
- Przełamię je, tak jak za pierwszym razem. - odparła słabo, ponownie przymykając oczy. Narastający w potylicy ucisk przekroczył już próg bólu i pulsował tępymi falami zamroczenia.
- I co dalej? Ile razy masz zamiar wybaczać mu takie ataki w imię świętego spokoju?! - pieklił się, gestykulując żywo. - Ile szans masz zamiar mu dać?!
- Ile tylko będzie trzeba. - powiedziała ledwie słyszalnym głosem, marszcząc jasne brwi. Ból powoli przesiąkał przez jej ciało, przez co zaczęła szczerze żałować, że obudziła się przed czasem. Świat wokół znów wydawał się wirować i ani się spostrzegła, kiedy zapadła w niespokojny sen.
- Śpij, mała Ćmo... - szepnął po kilku minutach Sasori, kiedy miał już pewność że dziewczyna go nie usłyszy. Mimo całej tej złości nie mógł zapomnieć o jej stanie. Choć trzymała się dzielnie, była wyczerpana i należał jej się spokój. Nie miał jednak zamiaru zawracać sobie dalej głowy całą tą sytuacją. Poznał już jej decyzję i na tym kończyła się jego rola. Dopóki Ga nie będzie na chodzie, nie miał po co wyściubiać nosa z warsztatu.
Poprawił jej kołdrę i opuścił cicho izolatkę, przemierzając równym krokiem korytarz pogrążonej w śnie siedziby. Nigdy nie musieli ustalać ciszy nocnej. Ona po prostu... się działa. O pewnej godzinie większość członków szła spać, a ci którzy jeszcze nie mieli takiego zamiaru nie opuszczali swoich kwater. Mężczyzna wślizgnął się do swojego pokoju i rzucił się w wir pracy, nie chcąc myśleć o sytuacji, w której się znalazł.
Jasnowłosa dziewczyna nie odzyskała zmysłów przez kolejne kilkanaście godzin. Przespała kontrolę Konan i dyskretną próbę odwiedzin Kisame, który przyniósł jej małą figurkę rekina z Kiri. Nie obudziła się nawet wtedy, kiedy błękitnoskóry shinobi wyrzucał z pomieszczenia wielce oburzonego Hidana, który usiłował niepostrzeżenie - przynajmniej w jego przekonaniu - podrzucić na jej stolik nocny jakąś pokrwawioną książkę o Jashinie.
Dopiero pod wieczór przez delikatną firankę rzęs do jej świadomości zaczęły docierać promienie szumiącej na suficie świetlówki. Uchyliła na chwilę powieki, tylko po to, aby przekonać się że sufit nie zmienił zbytnio swego wyglądu odkąd go ostatnio oglądała. Z powrotem odgrodziła się od świata zewnętrznego i już miała ponownie oddać się we władanie krainy snów, kiedy przez ciepłą mgłę zaspania wyczuła delikatną iskrę zaciekawienia. Iskrę, która momentalnie wydała jej się przerażająco znajoma.
Otworzyła szybko oczy, podnosząc się do siadu - wszystko wykonane tak gwałtownie, że leniwa krew nie nadążyła przepłynąć, powodując u niej chwilowe zamroczenie. Może dzięki temu nie dostrzegła mieszaniny zaskoczenia i wstydu, które przez ułamek sekundy można było wyczytać na twarzy siedzącego na krześle obok mężczyzny.
- Leż. - suchy ton, jakim wypowiedziano to krótkie polecenie potwierdziło jedynie jej domysły, kiedy jedną ręką chwyciła się za głowę, usiłując nie stracić kontaktu z rzeczywistością.
- Itachi sense-
- Powiedziałem, żebyś się położyła. - tym razem posłuchała polecenia, powoli kładąc głowę z powrotem na poduszce. - Dobrze.
Przez chwilę panowała między nimi dość napięta cisza, kiedy oboje starali się poukładać w głowie myśli i słowa.
- Rozumiem, że nie będziesz chciała dalej ze mną trenować. - jak mroźny wiatr zimą, pozornie obojętny głos Itachiego przeciął powietrze. Nie patrzyli na siebie. Ciemnowłosy mężczyzna napastował wzrokiem pościel, podczas gdy dziewczyna nie odrywała wzroku od przeciwległej ściany.
- To nie tak... - zaprotestowała słabym głosem, jednak po chwili zacisnęła usta w cienką linię.
- Upór nie przyniesie ci nic dobrego, Kemuri no Ga. - wyrecytował mechanicznie, jak mantrę powtarzaną bez przerwy od setek, tysięcy lat. Na tle brudnobiałych ścian wyglądali cokolwiek groteskowo: posąg i ofiara, cień i światło, życie i śmierć... Różni pod każdym względem, a jednak połączeni jedną myślą, jednym wspomnieniem - różowawą smugą deszczu, łez i krwi, kiedy niebo wraz z nimi opłakiwało okrucieństwo losu.
- To strata czasu. - głos Ćmy, choć cichy i znużony, wydał się w ich uszach nienaturalnie głośnym krzykiem, odcinającym ich od dotychczasowych ciężkich przemyśleń. - Zmiana nauczyciela na tym etapie. Przywyknięcie do innej osoby zbyt mocno opóźniłoby mój trening. - Itachi odwrócił głowę i po raz pierwszy od początku rozmowy napotkał jej spojrzenie.
- Yahiko byłby wściekły. - dodał, jakby dopiero teraz wpadło mu to do głowy.
Znów zapadła cisza, ale innego rodzaju. Zamiast wszechobecnego poczucia winy, w powietrzu wisiało nieme porozumienie, kiedy dwoje ludzi łączy ten sam kierunek.
- Oczekuję cię w pełnej gotowości za cztery dni od teraz, o zwykłej porze. - rzucił mężczyzna lakonicznie, niespiesznie opuszczając niewygodne krzesło.
- Hai, Itachi-sensei. - wymienili symboliczne ukłony, po czym Uchiha udał się w stronę wyjścia.
Dopiero kiedy znalazł się już na pustym korytarzu, pozwolił wargom wygiąć się w ledwie widocznym, mglistym uśmiechu, nieświadomie odwzorowując grymas, który w tym samym momencie rozjaśnił twarz jego uczennicy.
Zacisnęła zęby, oddychając niespokojnie. Czy tak właśnie musiało wyglądać całe jej życie? Ciągła ucieczka z miejsca w miejsce, kłamstwa, strach? Czy chociaż ten jeden, jedyny raz, mogłaby wszystkiego nie spieprzyć...?! Ponure rozmyślania przerwał cichy stuk do drzwi izolatki, a po chwili szum otwieranych drzwi.
- Idź stąd, proszę... - wydusiła z siebie słabo, jednak zaniechała protestów, kiedy w polu jej widzenia pojawił się Sasori, z książką w ręku i nieokreślonym wyrazem zwykle odrealnionych oczu.
- Wiedziałem, że nie będziesz spała, Ga-chan. - dziewczyna podciągnęła się na łokciu, żeby lepiej widzieć swojego nii-san. Wyczuwała w nim troskę i urazę, podszytą delikatnie poczuciem winy.
- Sasori nii-san... Powinieneś pracować nad nową marionetką. - wydusiła z siebie z trudem. Dopiero teraz zaczęła odczuwać efekty jej wcześniejszej walki z Itachim. Mężczyzna bez słowa położył książkę tuż przy jej dłoni, a ona z wdzięcznością zajęła się oglądaniem okładki, usiłując odpędzić ogarniającą ją senność. Jego czerwona czupryna odcinała się na tle mdłej bieli pomieszczenia, w pewien sposób przynosząc jej znękanym nerwom spokój. Zamyślony Sasori okazał się jej osobistym światełkiem na końcu tunelu. Nie pozwoli przecież jej stąd wyrzucić.
- Wiem, co się stało. - oświadczył po chwili, wbijając wzrok w pościel. Słysząc te słowa, poczuła jak jej żołądek wypełnia nieznośnie ciężka kula lodu. Wbiła palce wolnej dłoni w sztywną pościel w desperackiej próbie utrzymania świata w miejscu. Ten jednak zupełnie zignorował jej wysiłek i w dalszym ciągu wyczyniał dzikie harce przed jej oczami.
- Doprawdy? - zapytała po chwili, głosem cichym acz hardym. - Więc przyszedłeś mnie ukarać? - Sasori podniósł wzrok, napotykając stalowe spojrzenie białych źrenic, a dziewczyna ani drgnęła, kiedy wstał gwałtownie. "Karać? Ciebie?" zdawał się pytać, zaskoczony i niespodziewanie rozgniewany. - Za atak na mojego nauczyciela oczekiwałam chociaż upomnienia. - kontynuowała, nie spuszczając z niego podkrążonych oczu.
- Jak śmiesz mnie okłamywać? - ciężar jego słów przygniótł ją z powrotem do łóżka, pozbawiając na moment oddechu. - Nie jestem ułomny, Ga-chan. Widziałem, jak rzucał na ciebie genjutsu. - zacisnęła oczy, oddychając z trudem.
- N-nie...
- Nigdy więcej nie próbuj mnie okłamać, dziecko. - przerwał jej z irytacją, podszytą rozczarowaniem.
Na kilka minut w pomieszczeniu zapadła cisza, przerywana tylko niespokojnym oddechem Ćmy.
- Zapomniałam... Ty też tam byłeś, w tym deszczu... - powiedziała cicho, kiedy już udało jej się odzyskać kontrolę nad płucami. - Ja... Ja spanikowałam, nii-san, gdybym wcześniej powiedziała, że mam-
- Rozmówiłem się już z Itachim. Jest gotów wycofać się z roli twojego nauczyciela. - przerwał jej gorączkowe wyjaśnienia, siadając z powrotem na składanym krześle. - Jeśli tylko wyrazisz taką chęć, twoim senseiem może zostać Kakuzu, Kisame czy kogokolwiek wybierzesz, a Uchiha nie będzie miał nawet prawa do ciebie podejść. Wystarczy-
- Nie. - tym razem to Ga przerwała jemu. Mówiła zupełnie spokojnie, choć nie otworzyła oczu aby spojrzeć na swojego "brata".
- Nie?
- Nie.
- Dziecko, ty chyba nie rozumiesz wagi całej sytuacji. - prychnął, mrużąc pogardliwym gestem oczy. Ona jednak nie ustąpiła mu pola, otwierając szeroko swoje i nie spuszczając z niego przeszywającego spojrzenia.
- Jestem wystarczająco dorosła, żeby o tym decydować, Sasori nii-san. Czas potrzebny na przywyknięcie do nowego nauczyciela opóźniłby tragicznie mój trening, a to mogłoby rozzłościć Yahiko-sama. - wyłożyła spokojnie. - Dziękuję, że się o mnie martwisz, ale mogę zapewnić cię, że ta sytuacja się nie powtórzy.
- Etto... Skąd wiesz, że nie będzie znów próbował rzucić na ciebie genjutsu? - dopytywał się kąśliwie. Nie przyszło mu nawet do głowy, że Itachi mógł odczuwać z powodu wcześniejszego wypadku jakiekolwiek wyrzutu sumienia.
- Przełamię je, tak jak za pierwszym razem. - odparła słabo, ponownie przymykając oczy. Narastający w potylicy ucisk przekroczył już próg bólu i pulsował tępymi falami zamroczenia.
- I co dalej? Ile razy masz zamiar wybaczać mu takie ataki w imię świętego spokoju?! - pieklił się, gestykulując żywo. - Ile szans masz zamiar mu dać?!
- Ile tylko będzie trzeba. - powiedziała ledwie słyszalnym głosem, marszcząc jasne brwi. Ból powoli przesiąkał przez jej ciało, przez co zaczęła szczerze żałować, że obudziła się przed czasem. Świat wokół znów wydawał się wirować i ani się spostrzegła, kiedy zapadła w niespokojny sen.
- Śpij, mała Ćmo... - szepnął po kilku minutach Sasori, kiedy miał już pewność że dziewczyna go nie usłyszy. Mimo całej tej złości nie mógł zapomnieć o jej stanie. Choć trzymała się dzielnie, była wyczerpana i należał jej się spokój. Nie miał jednak zamiaru zawracać sobie dalej głowy całą tą sytuacją. Poznał już jej decyzję i na tym kończyła się jego rola. Dopóki Ga nie będzie na chodzie, nie miał po co wyściubiać nosa z warsztatu.
Poprawił jej kołdrę i opuścił cicho izolatkę, przemierzając równym krokiem korytarz pogrążonej w śnie siedziby. Nigdy nie musieli ustalać ciszy nocnej. Ona po prostu... się działa. O pewnej godzinie większość członków szła spać, a ci którzy jeszcze nie mieli takiego zamiaru nie opuszczali swoich kwater. Mężczyzna wślizgnął się do swojego pokoju i rzucił się w wir pracy, nie chcąc myśleć o sytuacji, w której się znalazł.
Jasnowłosa dziewczyna nie odzyskała zmysłów przez kolejne kilkanaście godzin. Przespała kontrolę Konan i dyskretną próbę odwiedzin Kisame, który przyniósł jej małą figurkę rekina z Kiri. Nie obudziła się nawet wtedy, kiedy błękitnoskóry shinobi wyrzucał z pomieszczenia wielce oburzonego Hidana, który usiłował niepostrzeżenie - przynajmniej w jego przekonaniu - podrzucić na jej stolik nocny jakąś pokrwawioną książkę o Jashinie.
Dopiero pod wieczór przez delikatną firankę rzęs do jej świadomości zaczęły docierać promienie szumiącej na suficie świetlówki. Uchyliła na chwilę powieki, tylko po to, aby przekonać się że sufit nie zmienił zbytnio swego wyglądu odkąd go ostatnio oglądała. Z powrotem odgrodziła się od świata zewnętrznego i już miała ponownie oddać się we władanie krainy snów, kiedy przez ciepłą mgłę zaspania wyczuła delikatną iskrę zaciekawienia. Iskrę, która momentalnie wydała jej się przerażająco znajoma.
Otworzyła szybko oczy, podnosząc się do siadu - wszystko wykonane tak gwałtownie, że leniwa krew nie nadążyła przepłynąć, powodując u niej chwilowe zamroczenie. Może dzięki temu nie dostrzegła mieszaniny zaskoczenia i wstydu, które przez ułamek sekundy można było wyczytać na twarzy siedzącego na krześle obok mężczyzny.
- Leż. - suchy ton, jakim wypowiedziano to krótkie polecenie potwierdziło jedynie jej domysły, kiedy jedną ręką chwyciła się za głowę, usiłując nie stracić kontaktu z rzeczywistością.
- Itachi sense-
- Powiedziałem, żebyś się położyła. - tym razem posłuchała polecenia, powoli kładąc głowę z powrotem na poduszce. - Dobrze.
Przez chwilę panowała między nimi dość napięta cisza, kiedy oboje starali się poukładać w głowie myśli i słowa.
- Rozumiem, że nie będziesz chciała dalej ze mną trenować. - jak mroźny wiatr zimą, pozornie obojętny głos Itachiego przeciął powietrze. Nie patrzyli na siebie. Ciemnowłosy mężczyzna napastował wzrokiem pościel, podczas gdy dziewczyna nie odrywała wzroku od przeciwległej ściany.
- To nie tak... - zaprotestowała słabym głosem, jednak po chwili zacisnęła usta w cienką linię.
- Upór nie przyniesie ci nic dobrego, Kemuri no Ga. - wyrecytował mechanicznie, jak mantrę powtarzaną bez przerwy od setek, tysięcy lat. Na tle brudnobiałych ścian wyglądali cokolwiek groteskowo: posąg i ofiara, cień i światło, życie i śmierć... Różni pod każdym względem, a jednak połączeni jedną myślą, jednym wspomnieniem - różowawą smugą deszczu, łez i krwi, kiedy niebo wraz z nimi opłakiwało okrucieństwo losu.
- To strata czasu. - głos Ćmy, choć cichy i znużony, wydał się w ich uszach nienaturalnie głośnym krzykiem, odcinającym ich od dotychczasowych ciężkich przemyśleń. - Zmiana nauczyciela na tym etapie. Przywyknięcie do innej osoby zbyt mocno opóźniłoby mój trening. - Itachi odwrócił głowę i po raz pierwszy od początku rozmowy napotkał jej spojrzenie.
- Yahiko byłby wściekły. - dodał, jakby dopiero teraz wpadło mu to do głowy.
Znów zapadła cisza, ale innego rodzaju. Zamiast wszechobecnego poczucia winy, w powietrzu wisiało nieme porozumienie, kiedy dwoje ludzi łączy ten sam kierunek.
- Oczekuję cię w pełnej gotowości za cztery dni od teraz, o zwykłej porze. - rzucił mężczyzna lakonicznie, niespiesznie opuszczając niewygodne krzesło.
- Hai, Itachi-sensei. - wymienili symboliczne ukłony, po czym Uchiha udał się w stronę wyjścia.
Dopiero kiedy znalazł się już na pustym korytarzu, pozwolił wargom wygiąć się w ledwie widocznym, mglistym uśmiechu, nieświadomie odwzorowując grymas, który w tym samym momencie rozjaśnił twarz jego uczennicy.
======
Macie, dziecki. Pierwszy czerwca, więc potraktujcie to jako prezent c:
Ostrzegam lojalnie, że nie mam jeszcze wykrystalizowanego pomysłu na kolejny rozdział, ale mogę zrobić wam mały spoiler i zdradzić, że zaniedługo przyjdzie czas na pierwszą misję Ćmy w Akatsuki...
(Przyjmuję zakłady, z kim ją odbędzie c:)
Obecnie moje myśli zaprząta trochę inna powieść: już nie fanfik, ale oryginalny twór. Postaram się jednak naskrobać chociaż z grubsza plan wydarzeń i zacząć coś klecić w czasie podróży. Wiecie, zawsze najgorszy jest początek.
Formalności na bok, mam nadzieję że rozdział się podobał. Jeśli macie jakieś sugestie, życzenia czy cokolwiek, nie bójcie się pisać.
Do następnego rozdziału!
piątek, 15 maja 2015
Rozdział 12: Kłamstwa.
Konan zacisnęła nerwowo palce na klamce. Powinien wiedzieć, powiedziała sobie, wchodząc do pomieszczenia. Rudowłosy mężczyzna podniósł głowę znad papierów, kiedy cicho zamknęła za sobą drzwi.
- Dobry wieczór, Konan. - powitał ją z lekkim uśmiechem.
- Yahiko... Nie jest dobrze. - odparła cicho.
Kiedy przekazała mu wszystko, czego zdążyła się dowiedzieć, mężczyzna odchylił się na krześle, marszcząc brwi.
- To rzeczywiście paskudnie wygląda. - mruknął. - Mówisz, że nie chciała rozmawiać?
Kobieta pokiwała powoli głową.
- No cóż, wiedzieliśmy że jej trening w wiosce był mocno zaniedbany... - zamyślił się na chwilę, patrząc nieprzytomnym wzrokiem na swoją towarzyszkę. - Będziesz tak dobra i sprowadzisz tu Itachiego? Chciałbym usłyszeć jego wersję wydarzeń. - Kiwnęła powoli głową. - Dziękuję ci. - powiedział, wracając do papierkowej roboty.
Po kilkunastu minutach upartego skrobania po dokumentach, jego drzwi ponownie stanęły otworem, ukazując jego oczom nachmurzonego Uchihę. "Znowu spał" pomyślał lider z lekkim zaskoczeniem. Itachi nie był typem który miał w zwyczaju się przejmować, a jednak po raz pierwszy od bardzo dawna coś poruszyło go na tyle, żeby odpłynął w trakcie dnia.
- Wejdźcie. Ty też, Konan. - dodał nieco cieplej, patrząc na przybitą kobietę. Znając ją tyle lat wiedział, że nie znosiła kłamstw i niedomówień, z czego najwyraźniej Ćma nie zdała sobie jeszcze sprawy. - Mów. - zażądał, patrząc prosto w oczy ciemnowłosego.
- Dziewczyna jest niestabilna. - stwierdził chłodno jego podwładny, w charakterystyczny sposób wysuwając rękę z płaszcza. - Ktokolwiek trenował ją w Kiri, popełnił mnóstwo karygodnych błędów. W krytyczny sposób reaguje na dotyk. - kontynuował, przymykając oczy. Mimo ewidentnego zaspania mówił w sposób jasny i rzeczowy. - Jej moc jest wielka, ale nie potrafi w pełni nad nią panować. W chwilach stresu zupełnie traci kontrolę i staje się zagrożeniem dla siebie oraz wszystkich wokół.
- Jak to odkryłeś? - zapytał równie rzeczowo Yahiko, obserwując go znad splecionych palców.
- Doraźnie. - odparł znużonym tonem, uchylając powieki. - Gdyby nie te... efekty uboczne... - skrzywił się lekko, niemalże wypluwając te dwa słowa - ... Mogłoby mnie tu nie być. Gdyby nie zaczęła wtedy krwawić, najpewniej w końcu by mnie wyczerpała. Może nawet zabiła. -zakończył dobitnie, wbijając wzrok w swojego przełożonego.
Przez chwilę mierzyli się spojrzeniem, aż w końcu Yahiko mruknął coś, niezadowolony i odchylił się w fotelu, nie przerywając kontaktu wzrokowego.
- Chcę usłyszeć, co masz zamiar zrobić w związku z tym. - zażądał lider, krzyżując ramiona na piersi.
- Jak na razie nic. - oświadczył spokojnie Itachi, choć miał szczerą ochotę parsknąć "chcij sobie dalej". - Po pierwsze, ona jest w złym stanie. Po drugie, obiecałem Sasoriemu że uszanuję jej decyzję, jeśli nie będzie chciała kontynuować nauki ze mną w charakterze nauczyciela... - w tym momencie pięść rudowłosego gwałtownie opadła na twarz blatu, niemalże wywracając kałamarz.
- Nie interesują mnie twoje osobiste porachunki z Akasuną, Uchiha! - warknął mężczyzna z oczami skrzącymi się od gniewu. Konan, do tej pory obserwująca wszystko w ciszy zza jego fotela, położyła mu dłoń na ramieniu.
- Yahiko... - jej pozornie spokojny głos wydał mu się pełen ukrytego napięcia, momentalnie sprowadzając go na ziemię. Zgrzytając zębami zmusił się do rozluźnienia, ponownie opierając grzbiet o fotel.
- Na twoim miejscu zacząłbym się przykładać do tego zadania, Itachi. - burknął. - Oczekuję raportu kiedy tylko sytuacja się wyklaruje.
- Zrozumiano. - ciemnowłosy przymknął oczy w namiastce ukłonu.
- I masz nie krzywdzić jej bardziej, niż to konieczne.
- Skrzywdzę ją na tyle, ile będzie mi potrzebne. - odparował chłodno, wstając.
- Oducz ją jedynie atakowania przełożonych. - uśmiechnął się kwaśno. Nosiciel Sharingana spojrzał na niego, udając zdziwienie.
- Atakowania? To nie był atak. - oznajmił lodowato złowieszczym tonem, zatrzymując się tuż przy drzwiach. - Ona się broniła. - rzucił przez ramię, wychodząc.
- To wszystko nie ma sensu... - westchnęła ciężko Konan, kiedy drzwi zamknęły się z trzaskiem za widocznie poirytowanym Uchihą. - Któreś z nich musi kłamać.
- Co masz na myśli? - mężczyzna zmarszczył brwi, obracając się w stronę niebieskowłosej.
- Ga-chan twierdzi, że to ona zaatakowała Itachiego. A Itachi uważa, że była to tylko obrona. - wyjaśniła, przysiadając na krawędzi jego biurka. - Nic tu nie trzyma się kupy.
- I nikt nic nie widział? - zdziwił się Yahiko, przysuwając się do blatu i nieznacznie przemieszczając dokumenty nieco dalej od nich - na wszelki wypadek.
- Sasori był świadkiem całego zajścia i to on nas zaalarmował. - przypomniała mu. - Ale kiedy pytałam go o co poszło zaciął się w sobie i nie chciał nic powiedzieć. Wiesz jaki on jest, kiedy się zdenerwuje. - wyjaśniła łagodnie, choć po prawdzie miała lepszy kontakt z lalkarzem niż on.
- Jakoś nie martwią mnie ich gierki... Chce tylko, żeby dziewczyna przeszła solidny trening. - mruknął, wbijając wzrok w jej dłonie, złożone na podołku. - Jak to się stanie, to już nie mój problem.
Kąciki jej ust drgnęły lekko ku górze, widząc ten przejaw jego zwykłej, bezwzględnej determinacji.
- Jak zawsze nieczuły...
- Dobry wieczór, Konan. - powitał ją z lekkim uśmiechem.
- Yahiko... Nie jest dobrze. - odparła cicho.
Kiedy przekazała mu wszystko, czego zdążyła się dowiedzieć, mężczyzna odchylił się na krześle, marszcząc brwi.
- To rzeczywiście paskudnie wygląda. - mruknął. - Mówisz, że nie chciała rozmawiać?
Kobieta pokiwała powoli głową.
- No cóż, wiedzieliśmy że jej trening w wiosce był mocno zaniedbany... - zamyślił się na chwilę, patrząc nieprzytomnym wzrokiem na swoją towarzyszkę. - Będziesz tak dobra i sprowadzisz tu Itachiego? Chciałbym usłyszeć jego wersję wydarzeń. - Kiwnęła powoli głową. - Dziękuję ci. - powiedział, wracając do papierkowej roboty.
Po kilkunastu minutach upartego skrobania po dokumentach, jego drzwi ponownie stanęły otworem, ukazując jego oczom nachmurzonego Uchihę. "Znowu spał" pomyślał lider z lekkim zaskoczeniem. Itachi nie był typem który miał w zwyczaju się przejmować, a jednak po raz pierwszy od bardzo dawna coś poruszyło go na tyle, żeby odpłynął w trakcie dnia.
- Wejdźcie. Ty też, Konan. - dodał nieco cieplej, patrząc na przybitą kobietę. Znając ją tyle lat wiedział, że nie znosiła kłamstw i niedomówień, z czego najwyraźniej Ćma nie zdała sobie jeszcze sprawy. - Mów. - zażądał, patrząc prosto w oczy ciemnowłosego.
- Dziewczyna jest niestabilna. - stwierdził chłodno jego podwładny, w charakterystyczny sposób wysuwając rękę z płaszcza. - Ktokolwiek trenował ją w Kiri, popełnił mnóstwo karygodnych błędów. W krytyczny sposób reaguje na dotyk. - kontynuował, przymykając oczy. Mimo ewidentnego zaspania mówił w sposób jasny i rzeczowy. - Jej moc jest wielka, ale nie potrafi w pełni nad nią panować. W chwilach stresu zupełnie traci kontrolę i staje się zagrożeniem dla siebie oraz wszystkich wokół.
- Jak to odkryłeś? - zapytał równie rzeczowo Yahiko, obserwując go znad splecionych palców.
- Doraźnie. - odparł znużonym tonem, uchylając powieki. - Gdyby nie te... efekty uboczne... - skrzywił się lekko, niemalże wypluwając te dwa słowa - ... Mogłoby mnie tu nie być. Gdyby nie zaczęła wtedy krwawić, najpewniej w końcu by mnie wyczerpała. Może nawet zabiła. -zakończył dobitnie, wbijając wzrok w swojego przełożonego.
Przez chwilę mierzyli się spojrzeniem, aż w końcu Yahiko mruknął coś, niezadowolony i odchylił się w fotelu, nie przerywając kontaktu wzrokowego.
- Chcę usłyszeć, co masz zamiar zrobić w związku z tym. - zażądał lider, krzyżując ramiona na piersi.
- Jak na razie nic. - oświadczył spokojnie Itachi, choć miał szczerą ochotę parsknąć "chcij sobie dalej". - Po pierwsze, ona jest w złym stanie. Po drugie, obiecałem Sasoriemu że uszanuję jej decyzję, jeśli nie będzie chciała kontynuować nauki ze mną w charakterze nauczyciela... - w tym momencie pięść rudowłosego gwałtownie opadła na twarz blatu, niemalże wywracając kałamarz.
- Nie interesują mnie twoje osobiste porachunki z Akasuną, Uchiha! - warknął mężczyzna z oczami skrzącymi się od gniewu. Konan, do tej pory obserwująca wszystko w ciszy zza jego fotela, położyła mu dłoń na ramieniu.
- Yahiko... - jej pozornie spokojny głos wydał mu się pełen ukrytego napięcia, momentalnie sprowadzając go na ziemię. Zgrzytając zębami zmusił się do rozluźnienia, ponownie opierając grzbiet o fotel.
- Na twoim miejscu zacząłbym się przykładać do tego zadania, Itachi. - burknął. - Oczekuję raportu kiedy tylko sytuacja się wyklaruje.
- Zrozumiano. - ciemnowłosy przymknął oczy w namiastce ukłonu.
- I masz nie krzywdzić jej bardziej, niż to konieczne.
- Skrzywdzę ją na tyle, ile będzie mi potrzebne. - odparował chłodno, wstając.
- Oducz ją jedynie atakowania przełożonych. - uśmiechnął się kwaśno. Nosiciel Sharingana spojrzał na niego, udając zdziwienie.
- Atakowania? To nie był atak. - oznajmił lodowato złowieszczym tonem, zatrzymując się tuż przy drzwiach. - Ona się broniła. - rzucił przez ramię, wychodząc.
- To wszystko nie ma sensu... - westchnęła ciężko Konan, kiedy drzwi zamknęły się z trzaskiem za widocznie poirytowanym Uchihą. - Któreś z nich musi kłamać.
- Co masz na myśli? - mężczyzna zmarszczył brwi, obracając się w stronę niebieskowłosej.
- Ga-chan twierdzi, że to ona zaatakowała Itachiego. A Itachi uważa, że była to tylko obrona. - wyjaśniła, przysiadając na krawędzi jego biurka. - Nic tu nie trzyma się kupy.
- I nikt nic nie widział? - zdziwił się Yahiko, przysuwając się do blatu i nieznacznie przemieszczając dokumenty nieco dalej od nich - na wszelki wypadek.
- Sasori był świadkiem całego zajścia i to on nas zaalarmował. - przypomniała mu. - Ale kiedy pytałam go o co poszło zaciął się w sobie i nie chciał nic powiedzieć. Wiesz jaki on jest, kiedy się zdenerwuje. - wyjaśniła łagodnie, choć po prawdzie miała lepszy kontakt z lalkarzem niż on.
- Jakoś nie martwią mnie ich gierki... Chce tylko, żeby dziewczyna przeszła solidny trening. - mruknął, wbijając wzrok w jej dłonie, złożone na podołku. - Jak to się stanie, to już nie mój problem.
Kąciki jej ust drgnęły lekko ku górze, widząc ten przejaw jego zwykłej, bezwzględnej determinacji.
- Jak zawsze nieczuły...
=====
Zgodnie z obietnicą, oddaję w Wasze ręce kolejny rozdział. Jeśli ktoś czytał moją poprzednią notatkę "od autorki", to właśnie tutaj pojawia mi się ten fabularny "kozi róg", w który sama się zapędziłam w porywie kreatywności.
Z góry muszę też Was lojalnie ostrzec, że od tego momentu piszę na bieżąco, i choć rozdział 13 jest już w dużej mierze napisany, to zapewne pojawi się dopiero za dwa tygodnie. Z kolejnymi może być jeszcze ciężej, więc szykujcie się na sporą dozę czekania.
Ma to jednak dobre strony: jeśli jesteście czegoś ciekawi, chcecie żebym wróciła lub rozwinęła jakiś temat: piszcie w komentarzu, a uwzględnię Wasze prośby. Choć nie liczcie na zbyt wielką zmianę fabuły.
Do następnego rozdziału!
Zgodnie z obietnicą, oddaję w Wasze ręce kolejny rozdział. Jeśli ktoś czytał moją poprzednią notatkę "od autorki", to właśnie tutaj pojawia mi się ten fabularny "kozi róg", w który sama się zapędziłam w porywie kreatywności.
Z góry muszę też Was lojalnie ostrzec, że od tego momentu piszę na bieżąco, i choć rozdział 13 jest już w dużej mierze napisany, to zapewne pojawi się dopiero za dwa tygodnie. Z kolejnymi może być jeszcze ciężej, więc szykujcie się na sporą dozę czekania.
Ma to jednak dobre strony: jeśli jesteście czegoś ciekawi, chcecie żebym wróciła lub rozwinęła jakiś temat: piszcie w komentarzu, a uwzględnię Wasze prośby. Choć nie liczcie na zbyt wielką zmianę fabuły.
Do następnego rozdziału!
wtorek, 5 maja 2015
Rozdział 11: Milczenie ciem.
Konan z westchnieniem wrzuciła zakrwawioną tacę do zlewu. Krwawienie okazało się mieć źródło w bliźnie, którą Ćma kryła pod obszernym bandażem na klatce piersiowej. Ciągnęła się przez cały mostek i kończyła dopiero tuż nad jamą brzuszną. Nie wyglądała na nową, jednak krew sączyła się z niej dość obficie przez amatorskie szwy. Niewiele mogli jej pomóc, Kakuzu jedynie na nowo zszył ranę, a Konan zaaplikowała leki nasenne i podłączyła pod kroplówkę.
Woda powoli obmywała metalową powierzchnię tacy, odbijając zamyślone oczy niebieskowłosej kobiety. Kto by się spodziewał, że w tej bladej dziewczynie krąży tyle posoki...
Kiedy taca była już czysta i sucha, Konan wróciła do izolatki. Ku swojemu zdziwieniu, po otworzeniu drzwi w oczy rzuciła jej się ciemnowłosa postać Itachiego, który siedział na krześle, plecami do niej. Nie była pewna, jaką rolę odegrał w całej sytuacji, a Sasori nie wyglądał na skłonnego do pogaduszek na ten temat, więc zachowała dyplomatyczne milczenie. Choć spojrzenia, jakimi lalkarz obrzucał Uchihę, raczej nie wróżyły nic dobrego.
Odłożyła cicho przedmiot do oszklonej szafki i podeszła do mężczyzny, delikatnie kładąc mu dłoń na ramieniu. Gwałtownie podniósł głowę, spoczywającą do tej pory na łóżku szpitalnym obok lewej dłoni Ćmy. Widocznie przysnął, ponieważ wzrok miał zamglony. Często zdarzało mu się przesypiać kryzysy.
- Nic jej nie będzie, musi tylko odpocząć. - powiedziała łagodnym tonem.
- Niepotrzebnie ją prowokowałem. To było głupie z mojej strony. - powiedział cicho, tonem pełnym rezygnacji.
- Nie obwiniaj się. Lepiej, że dowiedzieliśmy się o tym teraz, niż w czasie walki. - próbowała go pocieszyć, zapominając że kwestia blizn może być dla Ga drażliwa.
- Dowiedzieli o czym? - zapytał podejrzliwie, zwracając na nią przeszywający wzrok ciemnych oczu. Kobieta cofnęła się bezwiednie.
- Sam ją zapytasz, kiedy się obudzi. Teraz jest w narkozie. - odparła z lekką rezerwą. Ciemnowłosy mężczyzna skinął lekko głową i podniósł się z ociąganiem.
- Rozsądnie byłoby, gdybyś nie wspominała jej o moich odwiedzinach. - powiedział cicho, patrząc w spokojne oblicze śpiącej dziewczyny. - Nie ma sensu jej denerwować.
Konan nie odpowiedziała, dotknęła tylko lekko jego ramienia, dając mu znak do wyjścia. Gdy drzwi się zamknęły, usiadła na zwolnionym przez niego krześle. Nie zdążyła się jednak nawet oprzeć, zanim dobiegły ją stłumione dźwięki z korytarza.
Nadstawiła uważnie uszu i po chwili rozpoznała napastliwy syk Sasoriego i chłodny ton Uchihy. Podeszła cicho do drzwi, postanawiając dowiedzieć się w końcu o co chodzi.
- Podejdź do niej jeszcze raz, a osobiście cię wykończę. - groził lalkarz jadowitym tonem. "Nie bardziej jadowitym niż kolec Hiruko" dodała w myślach kobieta.
- Będzie to dość trudne, nie uważasz? Jestem jej nauczycielem. - zauważył wcale trafnie wyższy mężczyzna.
- Etto... Do tej pory jakoś sobie radziłeś. - odciął się rudowłosy. Można było niemalże usłyszeć, jak mruży oczy z irytacją.
- Nie będę jej uczył, jeśli nie będzie tego chciała. - ustąpił mu pola szatyn. - Ale będzie to zależeć tylko i wyłącznie od jej decyzji. - zaznaczył, po czym zaczął oddalać się korytarzem w stronę swojej sypialni.
- Dobra robota. - parsknął marionetkarz. - Jesteś na świetnej drodze, żeby znienawidziła cię do reszty! - zawołał za nim, jednak odpowiedziało mu tylko głuche trzaśnięcie.
- Sasori nii-san chyba się przejął. - zauważył uprzejmie cichy głos zza jej pleców.
- To aż do niego niepodobne. - zgodziła się Konan, odwracając w stronę dziewczyny. Starała się nie okazać, że przed chwilą przeżyła miniaturowy zawał. - Kiedy się obudziłaś? Powinnaś jeszcze spać.
- Dosłownie minutę temu, Konan-chan. - odparła potulnie Ćma. - Długo będę musiała tu zostać?
- Tego nie wiem. - westchnęła kobieta. - To zależy od twojego tempa regeneracji, ale myślę, że jeszcze co najmniej dwa dni.
- Dwa dni? - dziewczyna skrzywiła się lekko. Tylko to, delikatne ściągnięcie kącika warg, świadczyło o jej niezadowoleniu.
- Cóż... Wieści szybko się rozchodzą. Jestem pewna, że wiele osób będzie chciało dotrzymać ci towarzystwa. - uśmiechnęła się lekko, mając tylko cichą nadzieję, że...
- Co ten kutas zrobił mojemu cukiereczkowi?! - huknął Hidan, z rozmachem otwierając drzwi. - Co się stało mojej biednej, słodkiej Ciemce? Jashin świadkiem moich słów, że cokolwiek ten skurwysyn ci zrobił, oddam mu z nawiązką! - kontynuował odgrażanie się, wchodząc do pomieszczenia.
- Daj jej spokój, Hidan. - zaoponowała Konan, zagradzając mu drogę. Sprawy zaczęły nabierać zaskakującego tempa. - Musi odpocząć...
- W porządku, Konan-chan. Pozwól mu wejść. - poprosiła cicho Ćma. Kobieta niechętnie się odsunęła, rzucając jej zdezorientowane spojrzenie, a Jashinista w mgnieniu oka dopadł do łóżka pacjentki.
- Mój biedny cukiereczek... - zawodził mężczyzna, przyciskając czoło do jej policzka.
- Hidan... odsuń się, proszę. - wydusiła dziewczyna z lekkim trudem. Jej oczy rozszerzyły się lekko ze zdumienia i strachu w reakcji na ten bezprecedensowy gest.
- Wybacz, nie mogłem się powstrzymać! Kiedy tylko usłyszałem o tym cholernym "wypadku przy treningu" i że leżysz w izolatce, myślałem że umrę z niepokoju! - unosił się mężczyzna, zamykając delikatną dłoń dziewczyny w swoich wielkich, ciepłych dłoniach. - Od początku wiedziałem, że ten baran nie będzie umiał się z tobą obchodzić. - zachmurzył się. Ćma w odpowiedzi wymusiła na wargach swój charakterystyczny prawie-uśmiech, polegający na nieznacznym podniesieniu normalnie opadających kącików ust.
- Ale nic się nie stało... Nie zrobił mi krzywdy. - powiedziała łagodnie, przecząc oczywistym dla niego faktom.
- Taak? To czemu leżysz tu, blada jak pieprzone prześcieradło? - spojrzał na nią spod oka i podniósł ich dłonie na wysokość swoich ust, opierając łokcie na materacu.
- Ponieważ... zaatakowałam go. - odpowiedziała cicho, uciekając wzrokiem przed jego świdrującym, fioletowym spojrzeniem. - Zirytowałam się. - dodała nieco głośniej, po chwili kierując na niego świdrujące spojrzenie odwróconych oczu. Ku jej zaskoczeniu, zamiast słów nagany usłyszała jego donośny śmiech.
- I bardzo dobrze, brawo! To mój cukiereczek! - powiedział z drapieżnym błyskiem w oku. - Należało mu się, niech wie co grozi za prowokowanie mojej ślicznotki. - ucałował przelotnie jej dłoń, po czym odłożył ją na materac, wstając. - Niestety, mam cholernie ważne sprawy na głowie. Kakuzu utnie mi łeb, jak mu nie pomogę. - przewrócił oczami. Dziewczyna patrzyła tylko na niego spod zmrużonych powiek.
- Dobrze, idź. I przekaż pozdrowienia panu Kakuzu, dawno go nie widziałam. - mężczyzna kiwnął im głową i obrócił się do wyjścia. - Jeszcze jedno. - jej głos, podszyty dyskretną groźbą i nieoczekiwaną mocą, zatrzymał go z ręką na klamce. - Nie jestem twoja. I nie prowokuj mnie, żebym ci to udowodniła.
Kiedy mężczyzna opuścił pokój, niebieskowłosa kobieta przestała udawać, że układa rzeczy na półce i zwróciła zamyślone spojrzenie na bladą dziewczynę. Nic jej tu nie pasowało, Ćma była zupełnie do siebie nie podobna. Do tej pory zawsze unikała Jashinisty, nie mówiąc już o tym, że nie pozwalała się nikomu dotykać.
- Nie wierzę, że tak po prostu go zaatakowałaś. Nie jesteś typem agresora.
- Pozory mylą, Konan-chan. - odparła cicho Ćma, gapiąc się na przeciwległą ścianę. - Źle oceniłam sytuację, po prostu.
- W jakim sensie źle oceniłaś sytuację? - zapytała niebieskowłosa, zbliżając się do niej. - Nie musisz mnie okłamywać, mała Ćmo. - dodała, opierając dłonie na materacu. Pacjentka gwałtownie poderwała lewą rękę, po chwili wahania kładąc ją na swoim brzuchu.
- Jestem zmęczona. - powiedziała szybko. Za szybko. Potarła wierzch dłoni, marszcząc nerwowo brwi.- Idź już proszę, Konan-chan. Powiem ci, kiedy poczuję się na siłach. - obiecała nieco ciszej, rozluźniając się i zamykając oczy.
Kobieta westchnęła cicho, ale wysłuchała jej prośby i opuściła pokój. Mimo wszystko rzeczywiście była wyczerpana, a na dodatek nerwowa. Nie było sensu na nią naciskać.
=======
Na wstępie dziękuję serdecznie Catherine, której komentarze bardzo podniosły mnie na duchu - ten rozdział jest z dedykacją dla ciebie. c:
Śpieszę też wyjaśnić kilka kwestii:
Po pierwsze primo, akcja dzieje się jeszcze przed dołączeniem Deidary do Akatsuki, ale nie pytajcie co wobec tego robi tu Hidan - powiedzmy, że to taka mała manipulacja.
Po drugie primo, Yahiko jest Yahiko, bez Rinnegana i bez kolczyków, całkowicie żywy i zdrowy. Cała historia wyszła mi trochę jako alternatywa dla tego, co wydarzyło się w historii Masashiego Kishimoto, takie małe "Co by było, gdyby". Wzięło się to głównie z mojej niewiedzy w momencie projektowania całej historii xD
Ostrzegam też, że kończy mi się zapas rozdziałów, więc zapewne niedługo będą pojawiać się rzadziej.
To na razie tyle, widzimy się w rozdziale 12 ;) Tam dowiecie się nieco więcej o tym, jak bardzo Itachi sobie nagrabił.
Woda powoli obmywała metalową powierzchnię tacy, odbijając zamyślone oczy niebieskowłosej kobiety. Kto by się spodziewał, że w tej bladej dziewczynie krąży tyle posoki...
Kiedy taca była już czysta i sucha, Konan wróciła do izolatki. Ku swojemu zdziwieniu, po otworzeniu drzwi w oczy rzuciła jej się ciemnowłosa postać Itachiego, który siedział na krześle, plecami do niej. Nie była pewna, jaką rolę odegrał w całej sytuacji, a Sasori nie wyglądał na skłonnego do pogaduszek na ten temat, więc zachowała dyplomatyczne milczenie. Choć spojrzenia, jakimi lalkarz obrzucał Uchihę, raczej nie wróżyły nic dobrego.
Odłożyła cicho przedmiot do oszklonej szafki i podeszła do mężczyzny, delikatnie kładąc mu dłoń na ramieniu. Gwałtownie podniósł głowę, spoczywającą do tej pory na łóżku szpitalnym obok lewej dłoni Ćmy. Widocznie przysnął, ponieważ wzrok miał zamglony. Często zdarzało mu się przesypiać kryzysy.
- Nic jej nie będzie, musi tylko odpocząć. - powiedziała łagodnym tonem.
- Niepotrzebnie ją prowokowałem. To było głupie z mojej strony. - powiedział cicho, tonem pełnym rezygnacji.
- Nie obwiniaj się. Lepiej, że dowiedzieliśmy się o tym teraz, niż w czasie walki. - próbowała go pocieszyć, zapominając że kwestia blizn może być dla Ga drażliwa.
- Dowiedzieli o czym? - zapytał podejrzliwie, zwracając na nią przeszywający wzrok ciemnych oczu. Kobieta cofnęła się bezwiednie.
- Sam ją zapytasz, kiedy się obudzi. Teraz jest w narkozie. - odparła z lekką rezerwą. Ciemnowłosy mężczyzna skinął lekko głową i podniósł się z ociąganiem.
- Rozsądnie byłoby, gdybyś nie wspominała jej o moich odwiedzinach. - powiedział cicho, patrząc w spokojne oblicze śpiącej dziewczyny. - Nie ma sensu jej denerwować.
Konan nie odpowiedziała, dotknęła tylko lekko jego ramienia, dając mu znak do wyjścia. Gdy drzwi się zamknęły, usiadła na zwolnionym przez niego krześle. Nie zdążyła się jednak nawet oprzeć, zanim dobiegły ją stłumione dźwięki z korytarza.
Nadstawiła uważnie uszu i po chwili rozpoznała napastliwy syk Sasoriego i chłodny ton Uchihy. Podeszła cicho do drzwi, postanawiając dowiedzieć się w końcu o co chodzi.
- Podejdź do niej jeszcze raz, a osobiście cię wykończę. - groził lalkarz jadowitym tonem. "Nie bardziej jadowitym niż kolec Hiruko" dodała w myślach kobieta.
- Będzie to dość trudne, nie uważasz? Jestem jej nauczycielem. - zauważył wcale trafnie wyższy mężczyzna.
- Etto... Do tej pory jakoś sobie radziłeś. - odciął się rudowłosy. Można było niemalże usłyszeć, jak mruży oczy z irytacją.
- Nie będę jej uczył, jeśli nie będzie tego chciała. - ustąpił mu pola szatyn. - Ale będzie to zależeć tylko i wyłącznie od jej decyzji. - zaznaczył, po czym zaczął oddalać się korytarzem w stronę swojej sypialni.
- Dobra robota. - parsknął marionetkarz. - Jesteś na świetnej drodze, żeby znienawidziła cię do reszty! - zawołał za nim, jednak odpowiedziało mu tylko głuche trzaśnięcie.
- Sasori nii-san chyba się przejął. - zauważył uprzejmie cichy głos zza jej pleców.
- To aż do niego niepodobne. - zgodziła się Konan, odwracając w stronę dziewczyny. Starała się nie okazać, że przed chwilą przeżyła miniaturowy zawał. - Kiedy się obudziłaś? Powinnaś jeszcze spać.
- Dosłownie minutę temu, Konan-chan. - odparła potulnie Ćma. - Długo będę musiała tu zostać?
- Tego nie wiem. - westchnęła kobieta. - To zależy od twojego tempa regeneracji, ale myślę, że jeszcze co najmniej dwa dni.
- Dwa dni? - dziewczyna skrzywiła się lekko. Tylko to, delikatne ściągnięcie kącika warg, świadczyło o jej niezadowoleniu.
- Cóż... Wieści szybko się rozchodzą. Jestem pewna, że wiele osób będzie chciało dotrzymać ci towarzystwa. - uśmiechnęła się lekko, mając tylko cichą nadzieję, że...
- Co ten kutas zrobił mojemu cukiereczkowi?! - huknął Hidan, z rozmachem otwierając drzwi. - Co się stało mojej biednej, słodkiej Ciemce? Jashin świadkiem moich słów, że cokolwiek ten skurwysyn ci zrobił, oddam mu z nawiązką! - kontynuował odgrażanie się, wchodząc do pomieszczenia.
- Daj jej spokój, Hidan. - zaoponowała Konan, zagradzając mu drogę. Sprawy zaczęły nabierać zaskakującego tempa. - Musi odpocząć...
- W porządku, Konan-chan. Pozwól mu wejść. - poprosiła cicho Ćma. Kobieta niechętnie się odsunęła, rzucając jej zdezorientowane spojrzenie, a Jashinista w mgnieniu oka dopadł do łóżka pacjentki.
- Mój biedny cukiereczek... - zawodził mężczyzna, przyciskając czoło do jej policzka.
- Hidan... odsuń się, proszę. - wydusiła dziewczyna z lekkim trudem. Jej oczy rozszerzyły się lekko ze zdumienia i strachu w reakcji na ten bezprecedensowy gest.
- Wybacz, nie mogłem się powstrzymać! Kiedy tylko usłyszałem o tym cholernym "wypadku przy treningu" i że leżysz w izolatce, myślałem że umrę z niepokoju! - unosił się mężczyzna, zamykając delikatną dłoń dziewczyny w swoich wielkich, ciepłych dłoniach. - Od początku wiedziałem, że ten baran nie będzie umiał się z tobą obchodzić. - zachmurzył się. Ćma w odpowiedzi wymusiła na wargach swój charakterystyczny prawie-uśmiech, polegający na nieznacznym podniesieniu normalnie opadających kącików ust.
- Ale nic się nie stało... Nie zrobił mi krzywdy. - powiedziała łagodnie, przecząc oczywistym dla niego faktom.
- Taak? To czemu leżysz tu, blada jak pieprzone prześcieradło? - spojrzał na nią spod oka i podniósł ich dłonie na wysokość swoich ust, opierając łokcie na materacu.
- Ponieważ... zaatakowałam go. - odpowiedziała cicho, uciekając wzrokiem przed jego świdrującym, fioletowym spojrzeniem. - Zirytowałam się. - dodała nieco głośniej, po chwili kierując na niego świdrujące spojrzenie odwróconych oczu. Ku jej zaskoczeniu, zamiast słów nagany usłyszała jego donośny śmiech.
- I bardzo dobrze, brawo! To mój cukiereczek! - powiedział z drapieżnym błyskiem w oku. - Należało mu się, niech wie co grozi za prowokowanie mojej ślicznotki. - ucałował przelotnie jej dłoń, po czym odłożył ją na materac, wstając. - Niestety, mam cholernie ważne sprawy na głowie. Kakuzu utnie mi łeb, jak mu nie pomogę. - przewrócił oczami. Dziewczyna patrzyła tylko na niego spod zmrużonych powiek.
- Dobrze, idź. I przekaż pozdrowienia panu Kakuzu, dawno go nie widziałam. - mężczyzna kiwnął im głową i obrócił się do wyjścia. - Jeszcze jedno. - jej głos, podszyty dyskretną groźbą i nieoczekiwaną mocą, zatrzymał go z ręką na klamce. - Nie jestem twoja. I nie prowokuj mnie, żebym ci to udowodniła.
Kiedy mężczyzna opuścił pokój, niebieskowłosa kobieta przestała udawać, że układa rzeczy na półce i zwróciła zamyślone spojrzenie na bladą dziewczynę. Nic jej tu nie pasowało, Ćma była zupełnie do siebie nie podobna. Do tej pory zawsze unikała Jashinisty, nie mówiąc już o tym, że nie pozwalała się nikomu dotykać.
- Nie wierzę, że tak po prostu go zaatakowałaś. Nie jesteś typem agresora.
- Pozory mylą, Konan-chan. - odparła cicho Ćma, gapiąc się na przeciwległą ścianę. - Źle oceniłam sytuację, po prostu.
- W jakim sensie źle oceniłaś sytuację? - zapytała niebieskowłosa, zbliżając się do niej. - Nie musisz mnie okłamywać, mała Ćmo. - dodała, opierając dłonie na materacu. Pacjentka gwałtownie poderwała lewą rękę, po chwili wahania kładąc ją na swoim brzuchu.
- Jestem zmęczona. - powiedziała szybko. Za szybko. Potarła wierzch dłoni, marszcząc nerwowo brwi.- Idź już proszę, Konan-chan. Powiem ci, kiedy poczuję się na siłach. - obiecała nieco ciszej, rozluźniając się i zamykając oczy.
Kobieta westchnęła cicho, ale wysłuchała jej prośby i opuściła pokój. Mimo wszystko rzeczywiście była wyczerpana, a na dodatek nerwowa. Nie było sensu na nią naciskać.
=======
Na wstępie dziękuję serdecznie Catherine, której komentarze bardzo podniosły mnie na duchu - ten rozdział jest z dedykacją dla ciebie. c:Śpieszę też wyjaśnić kilka kwestii:
Po pierwsze primo, akcja dzieje się jeszcze przed dołączeniem Deidary do Akatsuki, ale nie pytajcie co wobec tego robi tu Hidan - powiedzmy, że to taka mała manipulacja.
Po drugie primo, Yahiko jest Yahiko, bez Rinnegana i bez kolczyków, całkowicie żywy i zdrowy. Cała historia wyszła mi trochę jako alternatywa dla tego, co wydarzyło się w historii Masashiego Kishimoto, takie małe "Co by było, gdyby". Wzięło się to głównie z mojej niewiedzy w momencie projektowania całej historii xD
Ostrzegam też, że kończy mi się zapas rozdziałów, więc zapewne niedługo będą pojawiać się rzadziej.
To na razie tyle, widzimy się w rozdziale 12 ;) Tam dowiecie się nieco więcej o tym, jak bardzo Itachi sobie nagrabił.
wtorek, 28 kwietnia 2015
Rozdział 10: Deszcz.
- Źle. Jeszcze raz. - polecił krótko Itachi. Ćma zgrzytnęła zębami, ale nic nie powiedziała. Wzięła głęboki oddech, skoncentrowała się, uformowała z dymu obręcz i rzuciła nią w swojego nauczyciela. Mężczyzna złapał ją, obejrzał, po czym odrzucił w bok. - Źle.
Dziewczyna zacisnęła wargi i zmusiła się do zachowania spokoju, patrząc w niebo. Było szare jak jej kimono i wyglądało na to, że niedługo zacznie padać. Wiał ciepły wiatr, naginając drzewa i przemieszczając chmury. Nic się nie działo poza ich dwójką. - Pozwól smudze się uformować. - głos jej senseia sprowadził ją na ziemię. Ga machnęła obojętnie dłonią i rzuciła kołem, lekko wkurzona. Mężczyzna ponownie je złapał, jednak tym razem oglądał je nieco dłużej. - Dobrze. - powiedział w końcu.
Dziewczyna wyprostowała się z charakterystycznym dla niej grymasem, imitującym uśmiech. Tworzenie czakramów, czyli ostrych obręczy przeznaczonych do rzucania, wcale nie było prostą sprawą. Ale teraz, skoro już raz jej się udało, wiedziała w którym kierunku zmierzać. A w każdym razie tak jej się wydawało.
- Mam ćwiczyć dalej sama, sensei? - zapytała spokojnie, z łagodnym samozadowoleniem.
- Nie. - odparł równie spokojnie mężczyzna. - Chciałbym natomiast przeprowadzić pewien eksperyment. - dodał po chwili. Ćma spięła się lekko.
- Jaki eksperyment? - zapytała, odzyskując chłodny dystans z początku swojej przygody z organizacją. Udało jej się go zgubić dzięki swego rodzaju życzliwości, z jaką się tu spotkała, ale w każdym momencie była skłonna go przywołać - na przykład w takiej właśnie sytuacji.
- Mam dla ciebie proste zadanie. - powiedział z nieco sennym spokojem, idąc powoli w jej stronę. - Zdejmij bandaże. - zażądał, wyciągając dłoń w jej stronę. Dziewczyna odsunęła się lekko, marszcząc brwi z nieufnością. Jej oczy, wcześniej łagodne i pełne spokojnego posłuszeństwa, były teraz podejrzliwe i lśniące niepokojem.
- Nie zbliżaj się lepiej, Itachi sensei... - powiedziała tonem ostrzeżenia, postępując kolejny krok do tyłu. Był to pierwszy raz, kiedy podszedł do niej tak blisko. Przez większość czasu utrzymywali między sobą dość spory dystans i nie widziała powodów, dla których miałoby się to zmienić.
- Chcę tylko, żebyś odsłoniła przedramiona. Może ci to pomóc w treningu. - perswadował, chwytając jej nadgarstek. Nie była to jego standardowa procedura postępowania, ale nie mógł jej odpuścić. Niedługo zakończy się etap nauki niewymagający bezpośredniego kontaktu i wiedział, że musi ją stopniowo przyzwyczajać do kontaktu fizycznego oraz bliskości innych osób, zwłaszcza siebie. Ćma jednak nie wydawała się przychylna tej perspektywie. Wyrwała mu się, zanim zdążył porządnie ją chwycić.
- Nie ma takiej potrzeby, Itachi sensei! - choć nie miała w zwyczaju podnosić głosu na kogokolwiek - a zwłaszcza na przełożonych - te słowa dość donośnie zadźwięczały w ich uszach. Uchiha podniósł dłonie w obronnym geście i spuścił wzrok. Stąpał właśnie po cienkim lodzie. Jeden fałszywy ruch wystarczy, żeby zrujnować tą cienką nić porozumienia, która zdołała się między nimi uformować.
Policzył powoli do trzech, dając jej czas na uspokojenie. Mimo wszystko nie chciał jej spłoszyć, żeby nie skomplikować sobie dodatkowo zadania narzuconego przez lidera. Musiał podchodzić do niej ostrożnie, jak do dzikiego zwierzęcia lub przerażonego dziecka. Kiedy wyczuł, że napięcie lekko opadło, wziął głęboki oddech.
- Niepotrzebnie się denerwujesz. - powiedział powoli, zmuszając się do pozostania w bezruchu. Czuł, jeśli nie złapie jej w porę, dziewczyna zwyczajnie ucieknie. Wyprostował się powoli, aktywując Sharingana. - Nie zrobię ci krzywdy. - powiedział cicho, spoglądając prosto w jej mlecznobiałe, zwężone strachem źrenice.
Czas gwałtownie zwolnił. Chmury zatrzymały się na niebie, które przyjęło rdzawą barwę. Niewiele osób używało Genjutsu w celach innych niż zadawanie cierpienia, ale Itachi nie był, ogólnie rzecz biorąc, okrutnym człowiekiem. Nie chciał uciekać się do tak ryzykownego kroku, ale łagodna iluzja wydawała się najskuteczniejszym sposobem, żeby przedrzeć się przez zasłony strachu, zakrywające oczy jego uczennicy.
- Nie bój się. Nie stworzyłem tej iluzji, aby zadać ci ból. Musisz jedynie zroz-
Nie dokończył. Uderzyła w niego olbrzymia fala wściekłości i strachu, przemieszanych w jednym gwałtownym wybuchu, który roztrzaskał stworzony przez niego świat. Obezwładniony mężczyzna zatoczył się do tyłu, odepchnięty nagłym podmuchem energii.
- Kirigakure Ga... - warknął ostro, oszołomiony jej nagłą reakcją, a co ważniejsze - dziwną siłą, która posłała go na trzy metry w tył. Kiedy jednak podniósł głowę aby ją upomnieć, język uwiązł mu w gardle. Dziewczyna unosiła się tuż nad ziemią, ze zwężonymi do granic możliwości źrenicami i włosami unoszącymi się wokół jej twarzy jak rozlany w wodzie tusz. Dym wydobywał się nie tylko spod bandaży, ale również z rękawów i okrytego kimonem tułowia.
- ODEJDŹ ODE MNIE! - krzyknęła, wysyłając czakram po każdym słowie. Itachi łatwo się przed nimi uchylił, jednak dziewczyna zdążyła już zastawić na niego kolejną pułapkę, której uniknął rychło w czas, aby zauważyć nieludzką panikę w jej oczach, zanim dym otoczył go zupełnie. Ciemnowłosy mężczyzna poruszał się na ślepo, ledwo unikając kolejnych ataków.
Wiedział, że nie było to zwykłe Kirigakure no Jutsu i że dawało jej niesamowitą przewagę. Dym zmieszany z czakrą pozwalał jej wykrywać jego ruchy nie widząc ich nawet i atakować pod praktycznie każdym kątem. Eliminował również ryzyko kolejnego genjutsu, ponieważ w tych warunkach jego Sharingan był niemalże bezużyteczny. A nawet gdyby tak nie było, nie miałby okazji go użyć, gdyż Ga używała na nim wszystkiego, co potrafiła.
Itachi wyrzucił kilka shurikenów, żeby ją rozproszyć i przez chwilę dało się wyczuć pewne zachwianie jej ataków. Wypuścił kolejną salwę, aby zamaskować swoje ruchy - wiedział już, że koncentracja na wielu celach sprawia jej nieco trudności - ale zanim zdążył przyjąć pozycję obronną, jej akcje nagle zamarły. Wokół panowała absolutna cisza. Nawet ten jej przeklęty dym, wcześniej kłębiący się i niespokojny, zaczął z wolna ulatywać.
- Jako twój nauczyciel muszę przyznać, że był to dość imponujący pokaz siły. - powiedział głośno. Starał się brzmieć pewnie, jednak jego serce biło niespokojnie. Amok pewnie zdążył już ustąpić, ale kto wie, czy żądna zemsty dziewczyna nie chowa się teraz, planując jakąś śmiertelnie skuteczną zasadzkę. Odpowiedziała mu pełna napięcia cisza, niezmącona nawet najlżejszym powiewem, który mógłby przegonić powoli ulatniający się dym. Była tak nienaturalnie głęboka, że mógł usłyszeć kilka pierwszych kropel deszczu uderzających o ziemię.
Po chwili jednak do jego uszu dobiegł nienaturalnie głośny dźwięk padającego na ziemię ciała, a powietrze rozdarło rozpaczliwe rzężenie. Jego serce stanęło i rzucił się biegiem w stronę, z której dobiegały go odgłosy walki o oddech. Nie zdążył nawet pomyśleć, zastanowić się czy to na pewno nie jest kolejna z jej pułapek. Zanim taka możliwość w ogóle zaświtała w jego głowie, zdążył wybiec poza sztuczną mgłę, a widok, który tam zastał, wbił go w ziemię.
Drobna postać Ćmy, z jej białymi włosami zasłaniającymi twarz jak welon, klęcząca na popielatej, wypalonej słońcem ziemi. Z jednym ramieniem opartym o ziemię, a drugim przyciśniętym do klatki piersiowej.
I krew, wielka kałuża szkarłatnej krwi, rozlewająca się tuż przed nią.
Dopadł ją, próbując opanować szarpiącą jego głowę wściekłość. "Jakież to dziecinne, jakie niepoprawnie żałosne!" - wrzeszczały jego myśli, kiedy przyklęknął przy niej wśród wzbierającej ulewy. Trzęsącymi się rękami podtrzymał ją za ramię i chwycił pod brodę, zmuszając do spojrzenia w niebo.
- Oddychaj spokojnie, licz do trzech. - powtarzał nieco drżącym głosem. Nie wybaczyłby sobie, gdyby ta drobna, jasna dziewczyna umarła na jego rękach. Opierała się o niego, starając opanować nierówny oddech. Z kącika jej ust wciąż płynęła cienka strużka krwi, która zaraz zaczęła tworzyć różowawe smugi, mieszając się z deszczem i jej własnymi łzami. Wydawało się, że dwa pokolenia zdołały przeminąć, nim rzężenie powoli zastąpił cichy szloch.
- Cicho, cicho... już po wszystkim. - mamrotał odruchowo kojącym tonem, nie w pełni świadomy. Opuścił dłoń, którą podtrzymywał jej brodę i machinalnie pogładził jej włosy, wracając myślami do tych nielicznych okazji, kiedy pocieszał swojego brata w Wiosce Liścia. Ćma wydawała się jego zupełnym przeciwieństwem, nie był więc w stanie zrozumieć, dlaczego tak bardzo mu go przypominała.
Z transu wyrwała go czyjaś dłoń na ramieniu. W całym tym zamieszaniu zapomniał, że pozwolił Sasoriemu oglądać ich dzisiejszy trening. Lalkarz stał teraz obok niego, świdrując go twardym spojrzeniem zwykle zamyślonych, brązowych oczu.
- Wstawaj. - burknął, kiedy z odrętwiałych ramion Uchihy wyjęto nieprzytomną dziewczynę. - Etto, ogłuchłeś? - wycedził, szarpiąc go do góry. Ciemnowłosy podniósł się, nieprzytomnie patrząc na Kakuzu, niosącego na rękach bezwładne ciało jego uczennicy.
niedziela, 12 kwietnia 2015
Rozdział 9: Wąż.
- Okropnie frustrujący. - wyartykułowała Ćma, siedząc na wielkim stole w pracowni Sasoriego, obok niedokończonej marionetki. Lalkarz stał przed mniejszym warsztatem, patrząc na nieszczęśliwą dziewczynę. Spędzali razem sporo czasu, rozmawiając albo tworząc lalki. Ich dyskusje najczęściej dotyczyły sztuki. Sasori twierdził, że powinna być wieczna, podczas gdy Ga miała inny punkt widzenia. Jej zdaniem prawdziwa sztuka była tylko sposobem na wyrażenie jakiejś idei i zmieniała swoje znaczenie w zależności od okoliczności a nawet osoby. Był w stanie słuchać jej tłumaczeń godzinami tylko po to, aby zaprzeczyć i zmusić ją do znalezienia nowych sposobów opisania rzeczywistości. W pewien sposób go to bawiło.
Ale nie był to jedyny temat ich rozmów.
- Trening czy nauczyciel? - zapytał, niezbyt pewien.
- Oba. - odparła - Jest ciągle ponury i niezadowolony z tego co robię, co mówię - z wszystkiego! - Ćma naprawdę źle się z tym czuła. Z natury nie była osobą emocjonalną, ale też nigdy nie musiała mierzyć się z takimi problemami.
- Daj spokój, nie może być tak źle. - zbył jej narzekania machnięciem dłoni.
- Ale jest. - mruknęła, obstając przy swoim.
- No cóż... - mężczyzna zawahał się. Powinna wiedzieć, co kryje się za nastrojami Uchihy. - Myślę, że to przez jego rodzinę. - stwierdził obojętnie.
- Jaką rodzinę? - podniosła brwi, okazując szczyptę niedowierzania. - On w ogóle ma jakąś?
- Już nie. - Wyjaśnił Sasori. - Wszyscy martwi. I to on ich zabił. Oszczędził tylko swojego młodszego brata.
- Co? Dlaczego? - dziewczyna wydawała się nie rozumieć.
- Etto... powiedziano mu, że to powstrzyma wojnę. - prychnął. - Tylko jego młodszy brat jakimś cudem uniknął śmierci, choć podobno starszy Uchiha ma w planach naprawić to przeoczenie.
- Nie ważne. I tak nie rozumiem. - marionetkarz popatrzył na nią z bliska, już mając się zdenerwować, kiedy nagle coś sobie uświadomił.
- Nie miałaś nigdy rodziny, prawda? - powiedział, doznając oświecenia.
- Nie. Nigdy. - potwierdziła. - A ty?
- Tak, przez chwilę.
- I jak to jest? - ciekawość w końcu zwyciężyła zły nastrój.
- To... trudno wytłumaczyć. To jakbyś miała kogoś... kto cię kocha... i zawsze jest z tobą, i nigdy, przenigdy cię nie opuści... i akceptuje cię takim, jakim jesteś. - usiłował wytłumaczyć podstawowe pojęcie osobie, która nigdy czegoś takiego nie doświadczyła. Lub tak tez mu się wydawało.
- A, coś jak Akatsuki! - dziewczyna w końcu się rozpromieniła, zdobywając nawet na lekki uśmiech.
- Akatsuki? - Sasori był szczerze zdumiony. Nigdy by nie pomyślał o porównaniu organizacji do rodziny.
- Tak! Trzymamy się razem, mimo że wszyscy się tak różnimy. - wyjaśniła niemalże radośnie. - Na przykład, w mojej wiosce wszyscy mnie nienawidzili. A tutaj jestem jak... jak młodsza siostra dla wszystkich albo coś takiego. - zakończyła niezręcznie.
- Więc uważas nas za swoją rodzinę? - mężczyzna nie mógł otrząsnąć się ze zdumienia. - Za starszych braci?
- I jedną siostrę. - przypomniała, gapiąc się w podłogę.
- Mnie też? - zapytał z lekkim uśmiechem.
- Etto... - Ga przerwała, nagle zmartwiona. Jakże mogła pomyśleć o nazwaniu Sasori no Danna swoim bratem! Jednak lalkarz nie wydawał się zły. Patrzył na nią, myśląc intensywnie.
- W porządku. - uśmiechnął się po paru sekundach. - Podoba mi się, możesz mnie tak nazywać.
- Naprawdę, Sasori no Da... To znaczy...
- Sasori nii-san.- podpowiedział i zrobił krok do przodu. - Szczerze powiedziawszy, zawsze chciałem mieć rodzeństwo. - zdobył się na wyznanie, niepodobny do siebie. Dziewczyna poruszała w nim wspomnienia, których juz dawno się wyrzekł.
Z nienacna dziewczyna go przytuliła. Nie zaprotestował. Już dawno nie przytulał nikogo żywego.
Jednak oprócz pogłębienia ich relacji, ta decyzja wywarła jeszcze jeden, dość nieoczekiwany skutek na życie Ćmy. Stało się to dwa lub trzy dni później. Sasori szedł wzdłuż holu, rozmawiając z Itachim. Chciał zobaczyć jeden z jej treningów. Uchiha nie był jednak przychylny temu pomysłowi.
- To ją zachęci do większego wysiłku. - powiedział rudowłosy.
- Nie wydaje mi się to konieczne. Ma predyspozycje. Nie musimy jej-
-SASORI NII-SAAAAAAN! - reszta zdania została zagłuszona przez ostrzegawczy okrzyk. Sasori odwrócił się akurat by podtrzymać wstrząśniętą Ga, która wpadła na niego z miną, jakby zobaczyła ducha.
- Co się stało, imoto-chan? Wystraszyłaś się? - zapytał niespodziewanie miękko, kiedy dziewczyna próbowała dyskretnie się za nim schować.
- Jakiś straszny typ mnie goni... - wymamrotała. I rzeczywiście, kilka sekund później marionetkarz usłyszał głos, wołający:
- Gdzie jesteś? No chodż, nie zjem cię... jeszcze, kukuku... - dodał głos ciszej, chichocąc.
- Zostaw dziewczynę, jest z nami. - odparł Sasori, natychmiastowo rozpoznając melodyjny głos. - I przestań się skradać, Orochimaru.
W rzeczy samej, okazało się że to wężowy sannin był winien niemalże śmiertelnemu wystraszeniu Ga.
- Och, jest twoja? Jaka szkoda. - powiedział, uśmiechając się złowrogo.
Sasori wyjaśnił chłodno kim w istocie była Ćma, ponieważ Orochimaru rzadko opuszczał swoją ciemną sypialnie. Nie zauważył jednak, jak Itachi stanął sparaliżowany, słysząc wołanie dziewczyny oraz jak odszedł zaraz potem, zmierzając wprost do swojego pokoju.
Później, tuż przed rozpoczęciem ich treningu, Uchiha zgodził się, aby Sasori go obejrzał.
- Nie wiem co mu zrobiłeś, ale był dużo milszy niż do tej pory. - zauważyła dziewczyna wieczorem, kiedy pomagała mu poprawić ramię.
- Nic mu nie zrobiłem. Może to Orochimaru go przekonał - powiedział kpiąco.
- Och, ten typ... - dziewczyna się wzdrygnęła - W ogóle go nie lubię. Jest podejrzany. - mruknęła ponuro, podając mu mały śrubokręt
- Może się taki wydawać. - zgodził się mężczyzna. - Ale jest dobrym partnerem, jak już przestanie usiłować wbić ci kunaia w plecy.
- Nie byłabym tego taka pewna. - westchnęła.
Ale nie był to jedyny temat ich rozmów.
- Trening czy nauczyciel? - zapytał, niezbyt pewien.
- Oba. - odparła - Jest ciągle ponury i niezadowolony z tego co robię, co mówię - z wszystkiego! - Ćma naprawdę źle się z tym czuła. Z natury nie była osobą emocjonalną, ale też nigdy nie musiała mierzyć się z takimi problemami.
- Daj spokój, nie może być tak źle. - zbył jej narzekania machnięciem dłoni.
- Ale jest. - mruknęła, obstając przy swoim.
- No cóż... - mężczyzna zawahał się. Powinna wiedzieć, co kryje się za nastrojami Uchihy. - Myślę, że to przez jego rodzinę. - stwierdził obojętnie.
- Jaką rodzinę? - podniosła brwi, okazując szczyptę niedowierzania. - On w ogóle ma jakąś?
- Już nie. - Wyjaśnił Sasori. - Wszyscy martwi. I to on ich zabił. Oszczędził tylko swojego młodszego brata.
- Co? Dlaczego? - dziewczyna wydawała się nie rozumieć.
- Etto... powiedziano mu, że to powstrzyma wojnę. - prychnął. - Tylko jego młodszy brat jakimś cudem uniknął śmierci, choć podobno starszy Uchiha ma w planach naprawić to przeoczenie.
- Nie ważne. I tak nie rozumiem. - marionetkarz popatrzył na nią z bliska, już mając się zdenerwować, kiedy nagle coś sobie uświadomił.
- Nie miałaś nigdy rodziny, prawda? - powiedział, doznając oświecenia.
- Nie. Nigdy. - potwierdziła. - A ty?
- Tak, przez chwilę.
- I jak to jest? - ciekawość w końcu zwyciężyła zły nastrój.
- To... trudno wytłumaczyć. To jakbyś miała kogoś... kto cię kocha... i zawsze jest z tobą, i nigdy, przenigdy cię nie opuści... i akceptuje cię takim, jakim jesteś. - usiłował wytłumaczyć podstawowe pojęcie osobie, która nigdy czegoś takiego nie doświadczyła. Lub tak tez mu się wydawało.
- A, coś jak Akatsuki! - dziewczyna w końcu się rozpromieniła, zdobywając nawet na lekki uśmiech.
- Akatsuki? - Sasori był szczerze zdumiony. Nigdy by nie pomyślał o porównaniu organizacji do rodziny.
- Tak! Trzymamy się razem, mimo że wszyscy się tak różnimy. - wyjaśniła niemalże radośnie. - Na przykład, w mojej wiosce wszyscy mnie nienawidzili. A tutaj jestem jak... jak młodsza siostra dla wszystkich albo coś takiego. - zakończyła niezręcznie.
- Więc uważas nas za swoją rodzinę? - mężczyzna nie mógł otrząsnąć się ze zdumienia. - Za starszych braci?
- I jedną siostrę. - przypomniała, gapiąc się w podłogę.
- Mnie też? - zapytał z lekkim uśmiechem.
- Etto... - Ga przerwała, nagle zmartwiona. Jakże mogła pomyśleć o nazwaniu Sasori no Danna swoim bratem! Jednak lalkarz nie wydawał się zły. Patrzył na nią, myśląc intensywnie.
- W porządku. - uśmiechnął się po paru sekundach. - Podoba mi się, możesz mnie tak nazywać.
- Naprawdę, Sasori no Da... To znaczy...
- Sasori nii-san.- podpowiedział i zrobił krok do przodu. - Szczerze powiedziawszy, zawsze chciałem mieć rodzeństwo. - zdobył się na wyznanie, niepodobny do siebie. Dziewczyna poruszała w nim wspomnienia, których juz dawno się wyrzekł.
Z nienacna dziewczyna go przytuliła. Nie zaprotestował. Już dawno nie przytulał nikogo żywego.
Jednak oprócz pogłębienia ich relacji, ta decyzja wywarła jeszcze jeden, dość nieoczekiwany skutek na życie Ćmy. Stało się to dwa lub trzy dni później. Sasori szedł wzdłuż holu, rozmawiając z Itachim. Chciał zobaczyć jeden z jej treningów. Uchiha nie był jednak przychylny temu pomysłowi.
- To ją zachęci do większego wysiłku. - powiedział rudowłosy.
- Nie wydaje mi się to konieczne. Ma predyspozycje. Nie musimy jej-
-SASORI NII-SAAAAAAN! - reszta zdania została zagłuszona przez ostrzegawczy okrzyk. Sasori odwrócił się akurat by podtrzymać wstrząśniętą Ga, która wpadła na niego z miną, jakby zobaczyła ducha.
- Co się stało, imoto-chan? Wystraszyłaś się? - zapytał niespodziewanie miękko, kiedy dziewczyna próbowała dyskretnie się za nim schować.
- Jakiś straszny typ mnie goni... - wymamrotała. I rzeczywiście, kilka sekund później marionetkarz usłyszał głos, wołający:
- Gdzie jesteś? No chodż, nie zjem cię... jeszcze, kukuku... - dodał głos ciszej, chichocąc.
- Zostaw dziewczynę, jest z nami. - odparł Sasori, natychmiastowo rozpoznając melodyjny głos. - I przestań się skradać, Orochimaru.
W rzeczy samej, okazało się że to wężowy sannin był winien niemalże śmiertelnemu wystraszeniu Ga.
- Och, jest twoja? Jaka szkoda. - powiedział, uśmiechając się złowrogo.
Sasori wyjaśnił chłodno kim w istocie była Ćma, ponieważ Orochimaru rzadko opuszczał swoją ciemną sypialnie. Nie zauważył jednak, jak Itachi stanął sparaliżowany, słysząc wołanie dziewczyny oraz jak odszedł zaraz potem, zmierzając wprost do swojego pokoju.
Później, tuż przed rozpoczęciem ich treningu, Uchiha zgodził się, aby Sasori go obejrzał.
- Nie wiem co mu zrobiłeś, ale był dużo milszy niż do tej pory. - zauważyła dziewczyna wieczorem, kiedy pomagała mu poprawić ramię.
- Nic mu nie zrobiłem. Może to Orochimaru go przekonał - powiedział kpiąco.
- Och, ten typ... - dziewczyna się wzdrygnęła - W ogóle go nie lubię. Jest podejrzany. - mruknęła ponuro, podając mu mały śrubokręt
- Może się taki wydawać. - zgodził się mężczyzna. - Ale jest dobrym partnerem, jak już przestanie usiłować wbić ci kunaia w plecy.
- Nie byłabym tego taka pewna. - westchnęła.
=====
Orochimaru jest takim typem, który z natury się czai. Bardzo lubię go jako postać, jednak nawet dla mnie jest taki... Śliski.
Ogólnie jestem coraz mniej zadowolona z własnego sposobu pisania... no ale cóż. Nikt tego za mnie nie poprawi, niestety.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
